Back

 

 

Jan W. Forowicz   

 

 

Pierwsza praca etatowa, 14 lat w prasie technicznej

(7 listopada 1967 – 30 czerwca 1982)

 

 

Nie trafiłbym do prasy technicznej gdyby nie prof. Jerzy Bukowski[1]/. Lepiej poznałem go w Warszawie już po przeniesieniu z Krakowa. Świeżo upieczony „mgr inż.” objął bowiem  stanowisko sekretarza Redakcji Tygodnika Studenckiego „Politechnik” z nową siedzibą na antresoli ledwie oddanego do użytku DS „Riviera”. W Warszawie  chyba po raz pierwszy otrzymałem kompletną informację o prasie technicznej wydawanej przez Naczelną Organizację Techniczną.  Podczas dość częstych wizyt redakcyjnych u profesora Bukowskiego ponawiał wezwanie: „Podejmujcie pracę w pismach naukowo technicznych”. Ilekroć odwiedzam gmach główny Politechniki, w jego jasnej, koronkowej auli, te słowa jeszcze do dzisiaj przebijają się przez szum wspomnień.

 

Młodość jest przede wszystkim

kategorią biologiczną

 

- Mam dwadzieścia parę lat i trzeba chyba wejść na drogę właściwą mężczyźnie w tym wieku; pora na pełną dorosłość i stabilizację. Prawda, pole wyboru tej drogi ograniczone przez wiele okoliczności. Jestem w całkiem nowym miejscu, w Warszawie. Tu nie ma kontaktów rodzinnych z których  mógłbym skorzystać. Nie jestem członkiem partii. W tamtych czasach trudno było dojść do czegoś trzymając się od niej na dystans. Zwłaszcza w dziennikarstwie zaliczanym w PRL do filarów tzw. frontu ideologicznego.

 

System władzy nie daje swobody wyboru. Wymaga posłuszeństwa wobec fałszywych założeń ideologii lewacko-bolszewickiej. Musisz się strzec wszędzie żeby nie spowodować krótkiego spięcia. Aparat bezpieczeństwa jest na to wyczulony. Idziesz korytarzem pomiędzy gołymi przewodami pod napięciem. Tak, moje pokolenie zna specyfikę funkcjonowania obcego ustroju narzuconego Polsce po II Wojnie Światowej.  Wiele czuję intuicyjnie chociaż jeszcze nie umiem nazwać wyrazami jakby zasługiwało.

 

Niesprzyjające okoliczności nie gaszą jednak młodzieńczej woli zaistnienia w zawodzie. Chcemy być twórczy. Bezpartyjny prof. Bukowski wskazał kierunek. Komuż bardziej mógłbym ufać? Przecież on, wspaniały profesor i ja świeżo upieczony absolwent politechniki chcemy Polski w jednakowym przekonaniu, że dla niej wiele można zrobić. Moje credo jednoznaczne: Dla dobra rodaków będę propagował technikę, zwłaszcza najnowsze jej osiągnięcia. Jestem inżynierem z wykształcenia nieźle znam też robotę redaktorską więc jest szansa na wniesienie czegoś nowego w tę dziedzinę dziennikarstwa.

 

Wyniesione z domu zapatrywania są utrzymane pod każdym względem w tonie umiarkowanym. Bolszewicy dość krwi nam napsuli, skazali na masę niedostatków. Zatem nie będę aprobował nachalnej agit-propagandy.  Wszystko dystansuje od rządzącej monopartii (ktoś z młodszych może nie wiedzieć, wiec wyjaśniam: chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą). Dorośleję więc powoli zaczyna kiełkować własny zespół ocen. Źle, bo jest się samotnym wśród samotnych. Antysystemowe stowarzyszanie surowo zakazane, nie pojawia się krytyczna, opozycyjna literatura,  nie istnieje debata polityczna. Gdy reżim adresuje do obywateli jedynie komunikaty i na dodatek surowo cenzuruje media,  nie będzie szans na krytykę. Chcesz zrobić coś dobrego, uważaj bo marksistowsko leninowska ideologia ma priorytet, ona już określiła co jest dobre a co nie. Może gdzieś pojawi się wybitna jednostka kwestionująca politykę PZPR, natychmiast będzie izolowana, każą wyprowadzić się do odległego miasteczka. Który się tylko głośniej odezwie „przeciw” zaraz okrzykną dysydentem a nawet wykończą. Repertuar represji bogaty. Dostaniesz gumową pałą, zamandatują, wyrzucą z roboty, albo sowieckim obyczajem posadzą do kicia. Najbardziej upartego wyślą do „psychuszki”.  Kto by chciał tak spędzić młode lata?

 

W praktyce wyglądało jednak na to, że w życiu można sobie też dać radę sposobem, bez wstępowania do jakiejkolwiek partii. Na taki wniosek mogła wpaść większość młodych. Prosta kalkulacja. - System ogłosił, że w PZPR będą najlepsi z najlepszych, zatem musiało też być trochę „nienajlepsiejszych” i chcąc nie chcąc trzeba im pozwolić istnieć. Owszem, prawie wszyscy aktywiści partyjni kusili do wstępowania. Wielu kolegów skusili. Jeśli jednak któryś bardzo się opierał przynależności do PZPR, też nie tracił wszystkich szans. Miał się gdzie przed agitatorami PZPR schować. Pomysłowych trickiem było przyjęcie „pomocnej dłoni” aktywistów partii satelickich.  Więc zamiast do PZPR ten kolega wstępował do Stronnictwa Demokratycznego, tamten - do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Po złożeniu tam deklaracji członkowskich mieli dość pewny spokój od kusicieli z PZPR. Zgodnie z przykazaniami BFC trzymałem się wtedy daleko od polityki, nie tylko od PZPR i partii satelickich a także od ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej zwany „kuźnią kadr” dla PZPR). Proponowano, nagabywano bezskutecznie. W moim przypadku odmowa przynależności została wyrażona kilkakroć, zarówno w okresie studenckim i po rozpoczęciu pracy zawodowej.

 

Aktywiści PZPR i ZMS od czasu do czasu bywali natrętni. Jakoś się od nich opędziłeś. Nowe w tym, że agitatorzy po roku 1967, przestali się obrażać. Nie potępiali. Politycznie jeszcze nie dojrzał, mówili. Dostawszy od kogoś kosza przeważnie darowali sobie na jakiś czas, zostawiali człowieka w spokoju, nie przechodzili do wymierzenia „opornemu” kary. To już dużo!

 

Bezpartyjność miała wielką zaletę. Dawała poczucie swobody w życiu prywatnym. Odmowa członkostwa organizowała zachowania zarówno grupowe w pracy jak i prywatne w rodzinie. Osoby z mego kręgu, w tym spora część rówieśników - dziennikarzy, raczej nie ceniły PZPR ani jej przybudówek. To samo w innych środowiskach młodych inteligentów. Wspominam miłego chłopaka z Instytutu Fizyki PAN poznanego na jakiejś parapetówce. Z rozmowy wynikało, że wśród jego kolegów identycznie, albo jeszcze mocniejsze „nie”. Dostawali wysypki na myśl o podjęciu jakiejkolwiek działalności partyjnej.

 

Postawa odmowna wobec PZPR wyrażała stosunek do reżimu, rodziła jednak efekt społecznie negatywny. Ta fobia – gdy powracam myślą do tamtych lat ubiegłego wieku – okazała się kosztowna w skali społecznej. Odciągnęła bowiem obywateli od wszelkiego zaangażowania i stowarzyszania.  Zawsze alienuje. A przecież młodzi mają wyraźną ochotę, wręcz pęd do łączenia w grupach. Tamtych nasto- i dwudzestoparolatków front odmowy wypychał w stronę bierności politycznej niezależnie od tego systemu. Nic wesołego. To mogło się skończyć zanikiem u Polaków postaw obywatelskości gdy stary system się zawali.

 

Z rówieśnikami znajdowaliśmy interesujące formy spełnienia w kręgach koleżeńskich. W systemie PRL-owskim gdzie właściwie wszystkie formy obecności w grupie większej niż trzy osoby (tak definiowano zgromadzenie publiczne) mogły być kontrolowane czy cenzurowane, każdy miał „swój maleńki, mały świat”. Jednak zamiast izolacji młodemu potrzebna przynależność do jakiejś grupy.  Poszukiwało się ciekawszego obszaru własnej wolności. Musi być własny, ale – jak napisał Wieszcz – wolność na ten czas słodka gdy dzielona z innymi. Do naszych kręgów model komsomolski narzucany przez Moskwę nie dotarł. Nie zawładnął myślami i nie doczekał akceptacji wskazań moralnych pobałaganionych przez marksizm. Dowodziło tego na przykład – narastające w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zainteresowanie czytelnictwem wciąż zakazanych przez cenzurę druków ulotnych i publikacji oficyn podziemnych. W tym także do literatury rozrachunkowej[2]/ ukazującej fatalne skutki sowietyzacji Polski.

 

Tutaj w stolicy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej komunistów więcej niż w terenie. Aparatczycy gorliwsi w spełnianiu wymagań władzy. Za pośrednictwem prasy i radia komunistyczne zjazdy coraz to żądały wniesienia wkładu w świetlane (czytaj: mityczne) dobro wyznaczone ideologią Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Każde transmitowane w radiu przemówienie i uchwała, każdy slogan na wywieszonym transparencie  ocieka wazeliną. Propagandziści najczęściej mówią o prymacie interesów międzynarodowego proletariatu z sowietami jako siłą przewodnią. Przywódcy partyjni sprawiają wrażenie przekonanych iż naród polski trwale popiera ustrój zainstalowany przez NKWD[3]/ nad Wisłą po II Wojnie Światowej.  1 maja i 22 lipca partia organizowała demonstracje entuzjazmu nazywane spontanicznymi. Warszawa przoduje, nawet w słowach piosenki „wiadomo stolica”.

 

W Warszawie przyszło mi więc kończyć pierwsze ćwierćwiecze życia w nienajlepszych warunkach. Nie narzekam, radziłem sobie. Pojawiała się tylko nutka żalu o stratę sił na powolne brnięcie w sowieckim marnotrawczym system ustrojowy. Bo trzeba przyznać, że gdybyśmy wtedy mieli dalszy ciąg międzywojennej II RP, gdyby tato we Lwowie nadal prowadził kancelarię mierniczego przysięgłego,  ja wkraczając w stan męski startowałbym z innego poziomu. Nie mam na myśli tylko korzystania z lepszego statusu materialnego. To oczywiste, że kierowałbym się czytelnymi drogowskazami. W nosie miałbym rewolucje i wskazania komunistycznej międzynarodówki. Wzrastanie Lwowiaka konstytuowała zasada „co dobre dla Ojczyzny, to dobre dla nas”. 

 

Równość obywateli drugiej kategorii

 

Bezkarnie nie pomieszasz zbioru tradycyjnych zasad obowiązujących w Ojczyźnie. Zaczął to jednak robić obcy ustrój.  Z uporem szatańskim deformował  ścieżki rozwojowe młodego człowieka. „Ono” powoływało się na ideologię narzuconego przez Moskwę ustroju rzekomo sprawiedliwego. Faktycznie do sprawiedliwości miało się nijak; wyrządzono krzywdę całym zastępom ludzi zaliczanych do warstwy inteligenckiej podważając prestiż i kwestionując funkcję w państwie. Przedwojenna inteligencja mordowana przez Niemca i Ruskiego, następnie przy każdej okazji wyszydzana, kopana po kostkach. Zbrodnia stanu! Tamtą wybić i stworzyć nową niezdolną do samodzielnej analizy poczynań reżimu.  Zadekretowano system ulg dla synów robotniczo-chłopskich jakoby osób najcenniejszych dla „nowej” Polski. Nikt z rodzin od kilku pokoleń inteligenckich  a dzisiaj „inteligencji pracującej” – tak zabawnie w PRL nazywanej - nic nigdy nie miał przeciwko rówieśnikom kształcącym się na uniwersytetach i politechnikach. Kandydatom na inteligentów pierwszego pokolenia, podawało się rękę chociaż podczas studiów nas skłócano. Z woli bolszewii tylko oni korzystali z różnych udogodnień. W rezultacie Polska powojennej biedy i niedostatków stała się krainą, w której student studentowi nierówny.

 

Partyjna praktyka budowy nowej warstwy inteligenckiej powykrzywiała wszystko, nawet własne idee  komunistów. Skazała cię na miejsce w kącie a nisko nad głową rozpostarła jakiś filtr nie do przebicia. W oczach urzędasów i partyjniaków mam status niepewnego, może lekko podejrzanego. Nie przysługują żadne stypendia, skazany jestem na zabieganie o przydział co tylko reglamentowane, czyli praktycznie na wyścig po cokolwiek. A jak już staniesz w kolejce,  masz zagwarantowane miejsce na końcu. To wszystko PZPR forsowała wobec narodu w II Wojnie Światowej pozbawionego kilkuset tysięcy osób z warstwy inteligenckiej. Po od września 1939 metodycznie mordowanej przez Niemców i Rosjan warstwie osób wykształconych. Jak w państwie miała się odbudować zdrowa czołówka, skoro jednych wybito a pozostałych trzymają na celowniku, zaliczają do „niepewnych”.

 

Domniemane poparcie dla ustroju

 

Los rzucił do stolicy państwa. Czy byłem z tego dumny? Wątpię. Trwam w szacunku dla bohaterstwa dawnej Warszawy. Ale ciągle wspominam moje jakże bohaterskie miasto rodzinne. Gdyby dane było mieszkać w polskim Lwowie wolnym od sowietów, niewątpliwie łatwiej byłoby pokierować sobą,  szybciej przejść do pożytecznej pracy dla kraju. Zapewne  podjętych na starcie inwestycji z majątku wypracowanego w dwudziestoleciu międzywojennym przez ojca. Odcinałbym kupony przynależne rodzinom warstwy średniej. Niekoniecznie zasobnej ale żyjącej dostatnio. Inteligenckiej, w tradycyjnym podówczas rozumieniu.  Po studiach na Politechnice Lwowskiej najprawdopodobniej miałbym już jakąś własną firmę.

 

Pomarzyć piękna rzecz. Nawet jak się już zestarzałeś. Wróćmy jednak do lat sześćdziesiątych. Parę dni temu obroniłem pracę dyplomową. Przysługuje mi tytuł  magistra inżyniera mechanika. I co dalej? - Przybysz do Warszawy stoi na peronie Dworca Głównego, pod ręką cały majątek ruchomy, zmieścił się w walizce.  Jak jakiś Amerykanin co po wyjściu z dyliżansu na Dzikim Zachodzie miał zostać milionerem. No i mam cudowne wspomnienia z Politechniki, w której  jedna połowa nauczycieli wywodziła się ze Lwowa a druga – z Krakowa. Przyjechałem bo mi wmówiono, że inżynier o zainteresowaniach dziennikarskich nadaje się jak ulał do pracy w centrali prasy technicznej.

 

Wprawdzie stolica PRL nie Dziki Zachód, to jednak każdy na jakiś uczciwy zarobek zawsze mógł się załapać. Nie czuję lęku. Poza wyjątkowymi fujarami życiowymi, jak zdrowy  dwudziestoparolatek nie popadam w nastroje rezygnacji, nie oczekuję gwiazdki z nieba.

 

Lektura nieobowiązkowa

 

Od pierwszej klasy szkoły podstawowej do wieku średniego żyję zatem w „Polsce Ludowej”. Kto zna uwarunkowania społeczne lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, zapewne pominie lekturę tej części moich wspomnień (przeskocz kilka następnych kartek, od 5 aż do 9 stronicy).  W Warszawie okres szczególny. Godny opisu bo może się powtórzyć. Młodsi ode mnie nie będą wiele wiedzieć co władza wyprawiała.

 

- W każdej chwili możesz zostać wezwany do jakichś obowiązkowych robót jak do szarwarków. Potrzebnyś do kolejnych „czynów społecznych” legitymujących partyjne pomysły albo do uczestnictwa w pochodach przed trybuną na Placu Defilad z pałacem im. generalissimusa Josipa Wisarionowicza Stalina w tle.  Jako obywatel otrzymujesz szczątkowe informacje o świecie.  A poza tym pracujesz kontrolowany przez dział kadr i czujnych tajnych. Spotkałem bardzo fajnych ludzi. A obok - osobników nijakich, wręcz marnych. Czas który teraz wspominam,  nie był wolny od grzechów własnych części ówczesnej młodzieży.  - Grzechu łatwowierności,  nagannego dowierzania słodkim deklaracjom, baraniego wybaczania niespełnionych obiecanek centralnego organu władzy lewicy obojnakiej komunistyczno - socjalistycznej. Grzechu wyboru zbyt łatwej ścieżki karier przemierzanego sztywnym krokiem cwaniaka. W licznych niestety przypadkach wszystko zgodne z najbardziej opłacalnym schematem zachowania według rosyjskiego sposobu na życie: ruki pa szwam!

 

 

X X X

 

 

W XXI wieku od komuny  przechodzimy do demokracji i można PRL krytykować, potępiać. Nie to mnie nęci.  W tej części wspomnień pokazuję parę faktów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jeśli masz ósmy krzyżyk na grzbiecie, potrafisz dostrzec więcej. Wyłamuję się z chóru potępienia. Nowi demokraci uważają za stosowne zgodnie potępiać wszystko co związane z tamtymi dziesięcioleciami. Dość potępiania w czambuł; ono  kompromituje radykała. Oznacza wyłączenie regulacji. Władza nie ostanie się przed gniewem obywateli gdy opinię publiczną wyciszy do zera albo zmanipuluje, wyłączyłaby bowiem mechanizm korygujący system. Moskwa próbowała wymuszać posłuszeństwo gasząc każdą opinię krytyczną. Nie udało się, ale zostawiła po sobie zatrute ziarno. W Polsce młodzi inteligenci z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w swojej masie nie nabyli zdolności skutecznego korygowania władz. No i wpadka po wpadce. Dlatego, gdy zabrakło impulsu korygującego dobrze obmyślanego przez ludzi wykształconych, zaczynają się buntować zwykli robotnicy. Najpierw w Poznaniu i Radomiu. Jeszcze nie podważają idei bolszewickich ale już strajkują z powodu morderczych norm wydajności oraz głodowych płac w „socjalistycznych” fabrykach i spółdzielniach.

 

Rozmawiam z kolegami, dzisiaj emerytowanymi redaktorami. Ich nadal prześladują uczucia zawodu. Dużo dla prasy technicznej zrobili, ale im mało. Martwi ich niekonsekwencja posłów. Jakiś chroniczny brak polityki przestrzennej, skrępowanie w małości. Nie ma komucha i można zgłaszać wyraziste postulaty, ale rządzi „UD-o”, „PO” czy jakaś inna efemeryda wymyślona przez zielone ludziki, i władza to, co mówisz zlekceważy albo spróbuje ośmieszać. Ludzie tę taktykę rozpoznają. Obywatel na odmowę wysłuchania reaguje obcością wobec takiej władzy. Elity zainfekowane służalczością wobec układów zewnętrznych wolą mącić w głowach miejscowych podwładnych.  Polak ma wrażenie, że wszystko złe jest w PRL nie do ruszenia, zabetonowane, wiecznotrwałe.

 

Co zatem robią młodzi? - Widzieliśmy wokół sporo absurdów, kontestowało się system, ale – de facto – przez brak głośnego sprzeciwu jednak wspomagaliśmy go. Bezwiednie. Historia oceni po dziesięcioleciach. Od popadnięcia w poczucie winy powstrzymywała świadomość właściwa społeczeństwom odzyskującym wolność stopniowo. Mieliśmy tylko jedną Polskę. Cieszyły nas małe-wielkie zdobycze na przykład to, że Stalina nakłoniono by nie włączył Polski do republik b.ZSRR jak zrobił to z Litwą czy Mołdawią. W Polsce za bilet autobusowy płacimy złotówkami a nie rublami. Polscy wynalazcy mieli patenty zamiast „awtorskich listow”. 

 

Aby się młode pokolenia zadowalały mniejszym złem potrzebny był zamęt w głowach, sprytne podważanie systemu wartości. Wszystko pod kontrolą władz partyjnych. Warszawa dokarmiała zastępy manipulatorów popsuj majstrów. Kolejne porcje pseudonaukowych produktów propagandy uklepywano gdzieś w instytutach marksizmu i leninizmu i w wydziałach ideologicznych przy komitetach centralnych.

 

Żyjąc w państwie zaprojektowanym przez Kreml nie mieliśmy szans na całkowite wyplątywanie się z kolejnych form indoktrynacji, wpajania sowieckich idei. Dbała o to potężna maszyneria. Dzisiaj ktoś powie; jak to możliwe, że udało się wcisnąć obywatelom tyle kitu, ludzie to nie stado owiec.  Dlaczego wielu w krajach obozu moskiewskiego kupowało ten kit? Odpowiem najprościej: bo tak właśnie zaczęła plonować polityka tworzenia  wspomnianej „nowej” inteligencji. W Polsce znaczna część naszej, zwłaszcza  technicznej, przeszła na ich stronę. Przestała myśleć kategoriami narodowymi.  Tacy zawsze się znajdą. Również w XXI wieku. Starszy akceptując dostojewszczyznę zadeklaruje: udaję, że stan w którym tkwię, mi nie przeszkadza.  A młodszy oleje bo nie pamięta PRL, więc jemu wszystko wyda się bajeczką. Jednak trzeba oceniać inaczej; każdy powinien zachować w sercu iskierkę optymizmu, wolą i modlitwą o pozytywne zmiany. Bułat Okudżawa nazywał to maleńką orkiestrą nadziei. Pięknie to ujął.

 

- Odruchy obrony aktywnej dopiero się wykształcały. Po 1950 roku walka z bronią w ręku nie miała szans. Reżim uzbrojony po zęby. Tylko czeka na jakąś próbę „antysocjalistycznej akcji wywrotowej”. Gazety ukazują się regularnie, trąbią głośno, i owszem ale tylko to co trzeba. Równocześnie, propaganda lansuje cukierkowy wizerunek komucha przyjaciela ludu. W szkołach urządza się apele z lekturą politycznie poprawnych publikacji. Dyrektorzy szkół są oceniani za aktywność w indoktrynacji. Kuratoria zbiorą dane i prześlą towarzyszom w KC PZPR a ci pochwalą przodowników zaś maruderom zalecą wzmożenie wysiłków. Poprzez radiowęzły fabryczne załoga otrzymuje co rano prasówki. Wydawało się, że bolszewia pokona wszelki opór. Przeciętny obywatel nie dopuszczał jednak myśli, że reżimowa władza w Polsce będzie aż tak skuteczna by na trwałe zainstalować moskiewskie zło. Że latami chwytając się podstępów na zawsze znieczuli opinię publiczną, skłoni do tolerowania wypaczeń. Grano na kilku instrumentach manipulacji. Faktycznie, odbudowali kraj po zniszczeniach wojennych. Tak to wszystko wtedy widział dwudziestoparolatek. Wykorzystywana była cechująca młodych Polaków, wpojona przez ojców potrzeba solidności i budowania na twardym gruncie.

 

Manipulator z natury rzeczy wysługuje się demonowi zła. Gdyby chciał dobra, działałby jawnie. Czart śpiewa w ciemności. Wykorzysta każdą słabość adresata by mu wcisnąć lipne produkty.  Cała „wierchuszka PZPR”, rządzący w Warszawie i wojewodowie działali z premedytacją. Nie ujawniali zamiarów. W istocie „przywódcy” gorliwie utożsamiali się z sowietami. My, wciąż jeszcze młodzi, nigdy nie należeliśmy do żadnej promoskiewskiej wierchuszki. Inaczej niż pomazańcy czerwonej burżuazji. Poza tymi wyjątkami wśród nas, które marzyły o karierze i doszlusowaniu do czerwonej ełyty. To zwykłego człowieka, z moich kręgów koleżeńskich nie brało. Może zachowywaliśmy się trochę zbyt biernie. Przede wszystkim chcieliśmy jednego: być Polakami a nie jakimiś tam kolejnymi obywatelami obozu „demoludów” (niech ta nazwa u nikogo nie budzi zastrzeżeń bo nie obraża obywateli krajów sąsiedzkich). Taka deklaracja jeszcze nie przesądzała o losie. Przygotowanie politologiczne obywateli – za małymi wyjątkami -  na poziomie przedszkolnym. Manipulatorzy tym łatwiej mogli się nam przedstawiać jako prawdziwi patrioci.

 

Zatem co robisz gdy wszystko wokół co chwilę przypomina iż wolność i niezależność ma granice wyznaczone przez komunę? Ograniczenia bagatelizujesz. Idziesz do pracy potem fajrant. Popołudniami włączasz się w grona koleżeńskie, które funkcjonują po polsku. Sytuacja z każdym rokiem inna. Na kontrakcję układu partyjno ubeckiego coraz mniej szans. Erozja przywództwa partii robotniczo-chłopskiej trwa, kulminuje okresowo licząc od robotniczych protestów poznańskich w czerwcu 1956 roku. 

 

Oceniając postawy nasze, pokolenia dwudziestoparolatków z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zastosujmy sprawiedliwą miarę rzeczy. - Trzeba przyznać, że kontestacyjna postawa coraz wyraźniej władzy obojętniała. W końcu lat sześćdziesiątych nikt już nas nie prześladował z powodu słuchania jazzu, uprawiania tańców wymyślanych w USA, ani za umiarkowane drwinkowanie z poczynań kremlowskich. Poza pojedynczymi nie było przypadków skazywania przez sądy za takie wykroczenia jak opowiadanie kawałów z cyklu „lecą samolotem Polak, Amerykanin i Ruski” lub  o objawieniach „Radia Erewań”. Co istotniejsze, osobnik bezpartyjny zachowując się przytomnie, mógł sobie znaleźć dobre miejsce w życiu zawodowym. Z zasady, członkowie PZPR, jak zawsze, szybciej dostawali jednak dobre posady. A jak już zgodził się zostać„TW” – dodatkowo dostęp do  słoika konfitur. Wtedy kieszeń pełniejsza. Jesteś „nasz” czyli łatwiejszy awans, lepsza gaża. „Konfitury” waloryzowane  nawet wtedy, gdy złotówka zapadnie na suchoty.

 

Czyś młody czy starszy radziłeś sobie jak się udało. Czasem lepiej, czasem gorzej. Dochodziło do sytuacji kuriozalnych, jak wymyślonych w jakimś kabarecie. Pan Moes[4]/,  syn znacjonalizowanego „burżuja-przedsiębiorcy” i sam utalentowany do biznesu,  w PRL napiętnowany i skazany na nędzę, zostaje bez pracy. W końcu dostał w intratną posadę tłumacza. Gdzie? - w warszawskiej ambasadzie azjatyckiego państwa rządzonego przez szacha Rezę Pahlawi. Płacono mu w poważnej walucie. Ubecja – poza badylarstwem i produkcją kółek z plastiku, żadnego prywatnego biznesu prowadzić nie dała.

 

Ketman

 

Schyłek władzy I sekretarza PZPR Władysława Gomułki i lata jego następcy Edwarda Gierka niewiele zmienia w kwestii tzw. robotniczo-chłopskich pryncypiów ustrojowych według dyrygenta moskiewskiego. W Polsce popularność zdobył wyraz ketman. Islam określa w ten sposób zwolnienie od przestrzegania przepisów religijnych w sytuacji przymusu. Doskonały, dostosowany do sytuacji ludzi pracy, zwłaszcza inteligencji polskiej, opis tego zjawiska przedstawił Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle”.  Prozę noblisty czytałem jak myśli objawione. Do dzisiaj aktualne! - Większość z nas nawet nie wie, że uprawia ketman. Każdy na swój sposób.

 

- Upowszechnia się konformizm grupowy. W różnym wymiarze  na biegunach polaryzacji partyjny-bezpartyjny. Ludzie bez reszty utożsamiający się z nowym ładem, czyli jądro aparatu partyjnego, dyplomacja, duża część kadry oficerów wojska, milicja i tym podobne służby, żyją sobie jeszcze wygodnie i – zapewne - o ketmanie nigdy nie słyszeli. W piecu wciąż buzuje paliwo marksistowsko-leninowskie. Dla nich w najlepsze „toczy się walka klas”.

 

Bezpartyjni zachowują się inaczej niż pupilki władzy. Na ogół nie zazdrościmy żadnym pupilkom. Próbujemy urządzić swoje życie z dala od komitetów i mafii. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych taki właśnie stan nastrojów już się upowszechnia. Zmałpowaliśmy go od braci Czechów.  Długo udawali wierność Moskwie. Wystarczyło im, że mogą sobie spokojnie popijać dobre piwo. Jednak czujemy, że do postawy ketmanu nie należy się przyzwyczajać. Dzięki ketmanowi władze partyjne państw, również w PRL przez całe lata utrzymywały komfort rządzenia w warunkach względnego spokoju społecznego.

 

Po 1970 roku, kiedy szefostwo PZPR na dziesięć lat objął Edward Gierek, zaczyna być inaczej. Reżim powoli wycofywał się z powszechnej do niedawna podejrzliwości wobec wroga klasowego. Zauważalne były skromne początki poprawy warunków życia Polaków. Nie miejsce tu na cytowanie danych GUS; roczniki statystyczne z tamtych lat można dostać w każdej czytelni podręcznej. Budowano sporo mieszkań, ciasnych ale z kaloryferami, łazienkami itd, więc miałeś szansę kiedyś zarobić na „wkład budowlany” i doczekać wręczenia kluczy do własnego „M”. Państwo deklarowało awans Polski w światowym współzawodnictwie technicznym więc i ty młody inżynierze, też masz – teoretycznie – szansę zaproponować coś nowego i pożytecznego dla kraju a potem wziąć za to kasę, niekiedy znaczną kwotę. Jak spotkasz rówieśnika z Zachodniej Europy, nie czujesz się gorszy.

 

Mała stabilizacja wydawała się blisko osiągalna. Co ważne, do słownika stosowanego w obiegu publicznym, bez lęku  przywracany jest wyraz: patriotyzm. Mimo deklarowanego na prawo i lewo uznawania „przewodniej roli ZSRR w obozie krajów demokracji ludowej” eksponowało się polskość. Za czasów szyto Władysława Gomułki szarą nicią, za  Edwarda Gierka brokatową. Odbudowano większe połacie starych miast Warszawy, Gdańska, Wrocławia, Elbląga i innych. Polskę reklamowała „polska szkoła filmowa”, znakomita grafika, specjalizacja w budowie kompleksów cukrownictwa, wyposażenia kopalń itp.   To trzeba uwzględnić w ocenie rządów od Wiesława Gomułki[5]/ poprzednika  Edwarda Gierka i tegoż.

 

Pan Bóg nie wyposażył mnie w talenty prorocze, tym bardziej więc jako trzydziestolatek nie byłem w stanie przewidzieć co będzie za 30 lat. Pozostawała jedna droga. Wtopiłem się w tamtą rzeczywistość trzymając wciąż jak najdalej od instytucji polityki. Najzwyczajniej w świecie pracowałem na rzecz upowszechniania postępu technicznego, działałem w ruchu wynalazczym, odkładałem pieniądze na specjalną książeczkę mieszkaniową PKO, cieszyły zdobycze uzupełniające  prywatną bibliotekę no i – nie powiem – chętnie oglądałem się za zgrabnymi pannami. W tym ostatnim przypadku zawsze najpierw sprawdzałem czy ładna buzia. Dopiero potem – cała reszta nadobności. Kawaler nie wiedział, że stosując taki zestaw kryteriów może bardzo chybiać. Trzeba preferować dobre serduszko.

 

Patriotyzm nie więdnie

 

Edwarda Gierka wylansowano jako światowca. Pracował przecież jako górnik na Zachodzie. A więc licząc sobie trzydziestkę widzisz, że ufności w zmiany wcale nie musisz się wstydzić. Że ani ojciec ani ty się nie mylisz: przyjdzie czas że w Polsce Ludowej wreszcie da się żyć. Trzeba wytrwać do szczęśliwego momentu. Powiedziałbym więcej: tak czy owak musisz żyć. Możesz oddychać,  nawet ze świadomością istnienia szklanego sufitu, że moskiewska doktryna każdego zaknebluje natychmiast gdyby tylko zaczął krzyczeć o krzywdach, które sowieci wyrządzili sowieci twojej rodzinie i krajowi.

 

To czas szczególnej próby dla całego pokolenia. Oczywiście, Gierek światowiec obejmuje najważniejsze stanowisko w PZPR ale ministrami warszawskimi nadal dyrygował będzie wielkoruski, żydowski, gruziński i sam Pan Bóg wie jaki jeszcze, reżim moskiewski. Jednak teraz Kremlowi trudniej przyjdzie redukować polski patriotyzm. Sowiecki pioniersko-komsomolsko-bolszewicki system wartości nad Wisłą już nie wykiełkuje. W mowie potocznej zanikają prawie wszystkie importowane z Moskwy figury retoryczne i hasła takie jak: internacjonalizm, front ideologiczny, zwycięstwo nad siłami reakcji itd. Takimi określeniami posługiwano się jeszcze tylko na łamach „Trybuny Ludu” i prasy satelickiej. Ten język stosują dyskutanci na zwoływanych jeszcze zjazdach partii. Męka radiosłuchacza. W twoim radioodbiorniku jest tylko program „I”  i „II”. Godzinami transmitują te zjazdy i posiedzenia Komitetu Centralnego. A niech sobie tam gadają. Prawie nikt nie przysłuchiwał się takim obradom. Trzeba przyznać, że od nas też nikt nie wymagał uwagi.  Jeśli więc nadawali jeszcze tę paplaninę, to – wydawało mi się - raczej tylko dla utrzymania pozorów jedności z  polityką Kremla.

 

Beton bolszewicki dobrze zachowany zwłaszcza w Warszawie i wokół komitetów wojewódzkich partii stara się zachować wpływy.  Zdarzają mu się reakcje konwulsyjne. Jakby dla wyeksponowania wasalstwa wobec Moskwy, władze centralne PZPR, wprowadzają do ówczesnej konstytucji zapis o wierności Związkowi Radzieckiemu. Partia dała plamę, nie ulega kwestii. Zapisu nie ma jak oprotestować. Demonstracje uliczne wykluczone. Nie było komputerów i internetu, nie klikniesz na emotikon z kciukiem w dół. Na pociechę dla zmartwionych, Edward Gierek równolegle z wprowadzeniem zapisu podejmuje serię decyzji rozwijających gospodarkę polską.  Na przykład inwestycje służące uniezależnieniu energetycznemu od jednego wschodniego dostawcy ropy naftowej. To są właśnie realia; błyskawicznie powstaje w Gdańsku Naftoport. Czy dlatego musiał majstrować przy konstytucji? Może to wszystko zaintrygowałoby historyka lub politologa, ale nie wtedy. My mieliśmy w wtedy swoje zainteresowania.

 

- Cyrk realizuje przedstawienia raz popisami zręcznościowymi, innym razem na wesoło. Niestety PRL to proza szarej, smutnej codzienności konsumenckiej. Przyszedł Gierek, niby łatwiej żyć, ale cytryna rarytasem dostępnym raz w roku. – Cytrusy pojawiają się jak gwiazdka betlejemska,  tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Jakby to fajnie było, gdyby mały Piotruś Forowicz mógł dostać pomarańczę.

 

Gdy trudno, Polacy nie tracą poczucia humoru. Żartów z sytuacji demoludów czyli krajów demokracji ludowej nigdy nie brakuje. Przykład - pytanie: jak brzmi po czesku hasło stanowiące dumny podtytuł marksistowskiej, rzecz jasna, gazety codziennej Trybuna Ludu napisali sobie  „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”.  – Odpowiedź po czesku: „Holodoupki hop do kupki”. Albo inny powód do śmiechu. - Prawie cała ówczesna polska młodzież zna język rosyjski więc obserwując dzienniki telewizyjne często dające obraz znad Wołgi też mamy okazję do żartów. Uśmiechamy się w chwilach przez nadawcę nie przewidywanych. Polak docenia melodię języka braci Rosjan, ale niektóre tamtejsze zwroty kwalifikuje komicznie. – Na przykład, eksponowany na ekranie generał rosyjski nazywa weteranów „rebiata” (rebiata = dzieci). Siwy generał i jednako siwe rebiata. Wszyscy wsparci na obdrapanych kosturach, obwieszeni medalami od grdyki po pępek. Bawi  cię też w telewizji korespondencja z ZSRR, konkretnie z jatki mięsnej (po rosyjsku: „magazin miasoproduktow”). Klientela stłoczona w długiej kolejce, jeden z kupujących zwraca się do sprzedawczyni cieplutko per „djewoczka” (dziewuszka). Mówi tak do grubej baryszni, defilującej za ladą, złej jak osa, w półtorametrowej wysokości torbie, czytaj: w obowiązkowym czepku. Akurat na hakach coś wisiało, rosyjski kamerzysta traci rozum, fokusuje. A my polscy telewidzowie zrywamy boki.  Za chwilę nachodzi cię refleksja: nie ma się z czego śmiać. Jutro sam w warszawskim sklepie też będziesz stał w kolejce po jakiś kawałek mięsa lub wędliny.

 

No i tak się to wszystko toczyło do końca lat siedemdziesiątych. Mimo deklaracji centralnych władz partyjnych gospodarka socjalistyczna mizerna. Gierek tego nie uzdrowi. Pojawiają się wprawdzie fajerwerki, ale wyścig technologiczny coraz wyraźniej przegrywamy z Zachodem. Pojawiają się pomysły usprawnień ekonomii. I nawet nie zdążą zakiełkować. Jakby jedni partyjni bonzowie sypali piach w osie czyniąc innym bonzom na złość.  Fundują Polakom coraz większe straty. W sklepach brakuje coraz liczniejszych towarów. Nie funkcjonuje nawet przemysł używek. Popadamy w zobojętnienie. Ludzie już się nie złoszczą. Potem zaczynają kpić z partyjnej propagandy.

 

W Polsce opowiada się dowcip importowany skądś jako rosyjski. – Moskwa; przed sklepem monopolowym długa kolejka, spragnieni czekają na towar. Dwóch stojących kumpli klnie, tak im spieszno by się napić. Jeden mówi: już dłużej bałaganu nie wytrzymam, pójdę na Kreml i zastrzelę tego Breżniewa. Poszedł, po jakimś czasie wraca. Kumpel: no i co zastrzeliłeś go? Nie, bo tam jeszcze dłuższa kolejka.

 

Tolerancja polskiego „ludu” wobec władz partyjnych może by długo utrzymywała się na tym samym poziomie wskutek znieczulenia, obojętności na moskiewskie pojmowanie idei „socjalizmu i równości społecznej”.  Ale kiedyś i to musiało się znudzić. Co to za równość,  jeśli nierosjanin w swoim własnym kraju musi słuchać pierwszego lepszego kacapa.

 

Hasła wyblakły więc niech sobie tamci na górze mówią co chcą a my – jak w słowach modnej piosenki:  „róbmy swoje”.  Brak reform gospodarczych. Pojawia się opozycyjna bibuła. Po cichu kiełkują pierwsze prywatne gospodarstwa  badylarskie. Rzemieślnicy w piwniczkach swoich domów montują wtryskarki. Podglebie coraz bardziej urodzajne. Świadomość nienaprawialności systemu dojrzała. Jesteś jednym z szarych obywateli, nie wiesz nic o socjologii, jeszcze nie znasz podstawowych reguł tej nowej nauki, ale i bez tego intuicyjnie wyczuwasz, że tworzy się podkład pod sprzeciw. Czasy wzburzenia społecznego miały nadejść dużo później, za kilka lat, kiedy pieniądze raptownie stracą na wartości a w sklepach zaczną straszyć puste półki zastawione co najwyżej octem. Teraz jeszcze wydawało się, że jak nam wmawiali najmici propagandy, Ojczyzna niebawem przebrnie przez kolejny etap „trudności przejściowych”. Łudzili, że można uniknąć wstrząsów społecznych.

 

Należałem do tych, którzy wchodząc do dojrzałego grona pracowniczego prasy technicznej chcieli poprawiać szanse awansowe swojego kraju. Znalazłem się w odpowiednim wydawnictwie, więc dawaj! angażuję się w dzieło szkolenia i poszerzania horyzontów. Będziemy przerabiać  dorosłych robotników na robotników wykwalifikowanych, początkujących racjonalizatorów na wynalazców, dzieci oraz młodzież zaczniemy chwalić za pomysły i aktywność w patentowaniu!  Ciekawa robota. Pewność zatrudnienia.

 

Gdyby to kogoś zainteresowało, to wyjaśnię mu, że urodziłem się popularyzatorem. To własna ocena. Popularyzator spełnia się przybliżając wiedzę, budząc zainteresowanie rzeczami, na które może nikt nie zwróciłby uwagi. Zdefiniowano kiedyś specjalność „Popularyzator nauki techniki”. Niekiedy  jest nim wybitny badacz, pracownik naukowy. Innym razem dziennikarz – popularyzator jako tako z techniką obeznany. Jeśli ciekaw nowości będzie nabywał kompetencji. Będzie budził zainteresowanie obywateli. Korzystając z ksiąg, najnowszych publikacji, zachwyca się prototypami i tym wszystkim co mu w laboratoriach pokażą nowatorzy. Mam dobry punkt startu, dobrą szkołę średnią i przygotowanie politechniczne plus znajomość pewnych tricków przyciągania uwagi.

 

Niszczycielskie walki frakcyjne

 

Ale przejście do czynu, nawet bardzo pożytecznego dla naszych bliźnich, bywa nie takie proste. Jesteś w firmie notowskiej. NOT w 1967 roku jeszcze dużo znaczy. Jak każda wielka instytucja podlega okresowym wstrząsom.  W bałaganie tracisz rozpęd. W systemie totalitarnym zawsze zapętlają się jakieś powiązania, zazwyczaj w tym kłębowisku tkwisz na dłużej. Bolszewizm usiłuje je rozplątać stosując odwołania do „przodującej myśli MELSa” (Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina).  Bezskutecznie. Przypomina się polskie przysłowie „Złapał kozak tatarzyna a tatarzyn za łeb trzyma”. - Przypomnę, jesteśmy w ostatnich latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Na horyzoncie wojna frakcyjna. Na szczytach władzy rozpętała się ostra walka pomiędzy przedstawicielami różnych tendencji w PZPR, zwłaszcza „puławian” i „natolinian” wyzywających się uroczymi zamiennikami „żydy” i „chamy”.

 

Przeciętnego obywatela to też niezbyt to porusza. Ot, buldogi znowu kąsają się pod dywanem. Ale kryzys ma groźne oblicze. Aktywizują się służby specjalne. Co jakiś czas niesnaski, w wojsku wstrzymane urlopy i przepustki. Klasa robotnicza spędzana na masówki fabryczne „spontanicznie” potępia warchołów. W wielkiej strukturze NOT też obserwuje się reperkusje; zmieniają nam szefów. Ja to mam w małym poważaniu, ale – jak patrzę „z dołu” - niektórzy bezpośredni szefowie drżą z obaw.  Bo nowe  miotły lubią nowe prządki. I to trzeba przeżyć. Podwładnych nikt o zdanie nie pyta. Więc personel redakcyjny stara się nie podpaść przypadkowo,  najlepiej - „robić swoje”. Pan  Bóg daleko,  twój dyrektor blisko.

 

Nie jesteśmy zbyt dociekliwi. Dzisiaj nad tym brakiem zaangażowania opinii publicznej można by ubolewać. Byliśmy zbyt mało cwani by dotrzeć do wiarygodnych informacji, poznać prawdziwe zamiary buldogów. A trzeba wiedzieć, że zwaśnieni puławianie i natolinianie, obydwie te frakcje jednakowo głęboko w nosie miały zdrową konkurencję i nadrzędny obowiązek służenia Polsce. Zwalczały się zabiegając o przejęcie steru w strukturach państwa. Nie po to wszakże, żeby lepiej rządzić.  Chcieli zachowania miejsc przy kole sterowym po to, żeby łatwiej uniknąć odpowiedzialności za zbrodnie popełnione na narodzie polskim w okresie stalinizmu. Zarówno „puławian” jak i „natolinian” czuł, że będzie rozliczany. Co więcej, miał pewność, że ten który zwycięży, wskaże konkurentów jako winowajców. Gdzieś tam w tle rysował się jeszcze spór o priorytet ochrony polskości; czy ją negować i, „towarzysze budujemy koncentrujemy się na internacjonalizmie i zwycięstwie komunizmu” czy chronić wolność, a więc  to co od wieków nad Wisłą najcenniejsze.  Wyraz „wolność” rozumiem tu tak jak ją nam wyśpiewał genialny artysta Marek Grechuta. Konflikt dwóch buldogów, który przypomniałem, po jakimś czasie sam osłabł. Może któryś ograniczył ambicje. Jednak już zapowiadały się kolejne wojny na górze.

 

Podobnie jak 99 procent Polaków, JWF niewiele wtedy wiedział o tych waśniach. Nic dziwnego. Jak mogło być inaczej, jeśli opinia publiczna wciąż nie może pełnić funkcji  kontrolnej. Propaganda PZPR już dobrze zadbała o niedoinformowanie społeczeństwa. Gazety jakieś tam teksty drukowały, ale informacje jeśli się ukazywały to w okrojonej postaci. Prawo druku komentarza miał ten co na górze, jeśli utrzymał się u steru. Skrzętnie ukrywano istotę sporów ponieważ ówczesna „klasa polityczna”, wszyscy zgodnie obawiali się wystawienia rachunków za represje stalinowskie. Na ten temat coś się z Wolnej Europy słyszało, ale słabo, od rana do wieczora odbiór utrudniał nieznośny brzęk zagłuszarek.  WE nie miała jeszcze dobrego wywiadu. W kraju wolnej dysputy nie było.

 

Jeśli dysputa była, to – wbrew definicji – nie publiczna lecz „szemrana”, dostępna tylko dla wybranych kręgów znajomych.  Jeśli byłeś w stolicy nowy, to dopiero budowałeś przyjazne kontakty, nie miałeś zaufanych kolegów, z którymi chodziłeś do szkoły, a więc raczej nie należałeś do właściwie, na bieżąco informowanych. O ewentualnych przeciekach decydowali członkowie najwyższej władzy partyjnej. Wypływało to, co chcieli ujawnić. Alternatywnych źródeł nie uświadczysz. Jest Radio Wolna Europa i na tym właściwie koniec.  Na czym jego słuchać? Wtedy marzyłeś o odbiorniku z pasmem fal krótkich; takiego aparatu wtedy poszukiwałem. No więc brakowało danych. Tyle pamiętam, że już wtedy puławianie wyzywali natolinian od „chamów” a natolinianie mówili o puławianach „żydy”. Wolna Europa o Żydach raczej nie wspominała. O natolińczykach, partyzantach itp. owszem; dokładano „chamom” gorliwie. Głos z Monachium chociaż był adresowany do wszystkich w Polsce i coś sygnalizował, ale nie mógł jednak wpłynąć na prozę życia. Zwłaszcza - na rytmy biologiczne młodego mężczyzny, inżyniera, który najpilniej potrzebował dachu nad głową i czajnika.

 

Takie było tło mego startu w dorosłe życie zawodowe. Zaczęło się w 1967 roku, decyzja o podjęciu zatrudnienia w Wydawnictwie Czasopism Technicznych NOT dojrzała.

 

Ostateczne pożegnanie ze studenckością.

 

Miałem paru znajomych, którzy ze statusu studenta zrobili sobie sposób na życie. Nie podobało mi się. Ile czasu można być sekretarzem redakcji Tygodnika Studenckiego? Jak długo można mieszkać w „Riwierze”? W  moim przypadku odpowiedź była prosta: przechodzę w inny stan, staję się pracownikiem, osobą zatrudnioną na warunkach jak większość. Pracując w „Politechniku”, zdałem na podyplomowe Studium Dziennikarskie UW. Zajęcia trwały prawie dwa lata. Kolegów ciągle nurtowało takie samo pytanie: co potem?

 

Były też inne przyczyny skierowania uwagi na wydawnictwa prasy technicznej, nad wyraz prozaiczne. - Z Krakowa nie otrzymałem żadnych propozycji. W Warszawie – jeśli nie liczyć wezwań prof. Bukowskiego - podobnie.  Perspektywy dziennikarstwa po ukończeniu Studium jawiły się mało obiecująco. Może udałoby się zaczepić w Polskim Radiu Programie III? Miałem zaproszenie na krotką rozmówkę do Ireny Dziedzic przed kamerami TvP[6]/ i co z tego?  A może wylądowałbym w jakiejś redakcji prasy codziennej? Może odwrotnie - w którymś z małych pisemek wydawanych przez fabryki dla swoich pracowników?

 

Wszystko niepewne,  obarczone ryzykiem, czasem wręcz mało interesujące! A tu prof. Jerzy Bukowski mówi, do potężnych wydawnictw notowskich, tam na ciebie czekają. Do tego dołącza się konkluzja właściwa dla kawalera; jak każdy normalny gość stwierdzasz, że pora najwyższa, aby zaczął zarabiać godne pieniądze w ustabilizowanej firmie. Dziewczyny inaczej na takich patrzą. A co dalej? Wiadomo, wtedy i małżeństwo jakoś tak „samo z siebie” wynika.

 

X X X

 

Efekt drapania się  w głowę: jesienią 1967 młody osobnik, do niedawna sekretarz redakcji TS „Politechnik”, zostanie redaktorem w Wydawnictwach Czasopism Technicznych NOT.  Pierwsza pensja - około 3,5 tys.zł. Kwota znaczna; jako sekretarz redakcji w „Politechniku” zarabiałem 1800 zł. Miło się zrobiło. Co ważne, stanowisko w nowej firmie uzyskał młodzieniec bezpartyjny, czyli ktoś bez „pomocy opiekuńczej ręki” jakiegoś funkcjonariusza PZPR albo wszędobylskiej agentury SB. Słysząc o przyznaniu mi tak godnego uposażenia, koleżanki i koledzy ze Studium Dziennikarskiego UW, jeszcze nigdzie niepracujący, otwierali usta z podziwu. Opuszczałem ich grono. Ale nawiązanej tam znajomości z niektórymi nigdy nie zaniedbawszy.

 

 

Misja prasy technicznej

 

„Trzeba wzmocnić prasę techniczną, ona służy Polsce, jej światu inżynierskiemu” – powtarzał  Rektor Politechniki Warszawskiej. Uzasadnienie stanowiła funkcja tego rodzaju prasy w podnoszeniu kwalifikacji kadr technicznych[7]/. Takiej opinii prof.Bukowskiego młody gość dał wiarę. Po wielu latach wspominając widzę, że praktyka nie w pełni potwierdzała te plany. Władza polityczna zadania wobec techników i inżynierów porozmieniała na drobne. Rozmijanie się deklaracji z praktyką nic u nas nowego. Ale w 1967 roku mnie to nie zniechęca. Odwrotnie, wejdę do gry i pomogę zrobić lepiej.

 

Pierwsze zadanie w Wydawnictwie NOT: włączyć się w organizowanie redakcji zupełnie nowego tytułu „Wiadomości Warsztatowe”. Dyrektor Jan Wacław Czarnowski na redaktora naczelnego wytypował inż. Bernarda Kowalskiego zatrudnionego od kilkunastu lat w roli wiceszefa miesięcznika „Mechanik”. Dwutygodnik wyłoni się więc z tytułu o pięknej tradycji. Plan przewiduje stworzenie kilkuosobowego zespołu redaktorów. Przyjąłem obowiązki zastępcy naczelnego „WW”.

 

Na początek zaoferowano mi codzienność w nowej firmie nieco kabaretową z racji warunków lokalowych. W gmachu NOT przy warszawskiej ul.Czackiego róg Świętokrzyskiej, kilkanaście redakcji. Dwie z nich „Mechanik” i „WW” zatrudniają razem pięcioro etatowych redaktorów. Cała piątka w jednym pokoiku. Parę pierwszych tygodni spędziłem więc z nimi na metrażu około 16-18 m kw. Poza wspomnianymi pięcioma osobami przychodzili goście. Codziennie wizyty któregoś z dochodzących redaktorów działu tematycznego, przeważnie byli to utytułowani profesorowie. W redakcjach cenieni bo gwarantowali poziom merytoryczny miesięcznika.

 

Oda do kozy

 

Czy nie zabawne to, co widzisz w twej pierwszej pracy etatowej? Na regałach setki teczek wypełnionych całkiem nowymi lub już zaopiniowanymi tekstami i ilustracjami. Setki spraw do załatwienia i zero narzędzi. „WW” nie ma nawet jednej redakcyjnej maszyny do pisania. Kolejka do jedynego w redakcji telefonu. Ciasnota jak w przepełnionym tramwaju. - Mimo braku przestrzeni w klitce panowała znakomita atmosfera koleżeńska. Zainicjowałem wspólną deklamację z westchnieniem „Jak dobrze rano wstać”. Żartujemy sobie, ten odwija kanapkę z papieru śniadaniowego, pani sekretarz redakcji wyjmuje spod biurka czajnik i zaczyna parzyć kwaśną rosyjską kawę po turecku. Kawa międzynarodówka. Fajnie wspomnieć, zasługa nader gościnnego zespołu Redakcji „Mechanik”. Niedogodności ciasnoty kwitowane były niestarzejącymi się dowcipami z serii o kozie u biednego Żyda.

 

Doskonałej koleżeńskiej nie psuła gęsta atmosfera intensywnego zadymienia papierosowego. W tamtych latach zezwalano na palenie w miejscu pracy. Nałogowcem był szef i jedna z redaktorek.  Też wtedy paliłem, zazwyczaj radomskie „Klubowe”.  Nie ma się czym chwalić, jakość owych ćmików niewiele lepsza od ruskich skrętów machorkowych. Naprawdę, o tej klitce nie sposób zapomnieć. bardziej prymitywnych warunków pracy nikt by nie wymyślił. - Ta ciasnota, aż się dziwiłem, że nikt dotychczas nie zaproponował w redakcji „Mechanika” ustawiania biurek piętrowych.

 

- To jedno jedyne pomieszczenie mieściło się przy zakręcie schodów łącznika starego i nowego budynków Naczelnej Organizacji Technicznej. Nowicjusz się nie stresuje. Skromnie, gdzieś w kącie, wciśnięty pomiędzy regały papierowych redakcyjnych skarbów, przygotowywałem założenia i propozycje rozwiązań nowego tytułu, „Wiadomości Warsztatowe” - pisma z poradami technicznymi dla robotników wykwalifikowanych i majstrów. Dość często z robotą musiałem przenosić się do biblioteki na pierwszym piętrze gmachu NOT. Na szczęście, to pismo powołaliśmy szybko, wydany został pierwszy numer a redakcja dostała wygodniejszy, własny lokal na ul.Mickiewicza. Tam mniej dymu.

 

Chociaż w redakcji komfortu biurowego nie zaznałem, czułem się świetnie. W kasie Wydawnictwa już wypłacano godną pensję. Co miesiąc punktualnie.

 

Rafy omijam

 

Realizacji planu pracy etatowej w WCT NOT towarzyszyły pewne nieprzewidziane komplikacje urzędowe. Najpierw, przypomniały o sobie nieuregulowane obowiązki tzw. ewidencyjno-meldunkowe. Nie wiadomo co z nimi zrobić: śmiać się czy płakać. Fizycznie jesteś, a formalnie - nie ma ciebie. Mówiło się z przekąsem, że w PRL człowiek bez adresu nie istnieje - coś strasznego! Obywatel musi mieć adres i zameldowanie. Biurokracja uformowana w Polsce na wzór sowieckiej bezpieki żądała aktualizacji danych o twoim miejscu pobytu. A ten JWF nie miał stałego adresu. W Rzeszowie ta sama socjalistyczna biurokracja zgubiła go z ewidencji; wystarczyło że dom rodzinny się rozpadł, a tata zdał mieszkanie służbowe. Zatem ostatni raz zameldowany byłem na pobyt czasowy w akademiku w Krakowie. Po obronie pracy dyplomowej urosły skrzydła. Obywatel PRL zapomniał donieść na siebie do organu meldunkowego. I tak przyleciał ja prawie nielegalnie (bez stałego meldunku) do Warszawy.

 

To nie wszystko. – Następna komplikacja - decydując się na zatrudnienie mój nowy pracodawca – wydawnictwo popadło w kolizję z przepisami o nakazach pracy. Konflikt z przymusem. Przypomnę, absolwentom Politechniki  wręczano nakazy podjęcia pierwszej pracy we wskazanej fabryce w którymś z małych miast. Miało  to zapewniać kierowanie absolwentów zwłaszcza uczelni technicznych w teren a więc odciągać od metropolii. Mnie w Krakowie nikt nakazu nie wręczył. Zgrzeszyłem bo ani mi ten przymus w głowie. Sam żadnego urzędnika od nakazów nie zamierzałem szukać, jeszcze czego!  Gdy więc przeniosłem się do Warszawy to jakaś służbistka w dziale kadr dostrzega brak odpowiedniego kwitka. Biurokracja zaczyna śledztwo. Wyjaśniam cierpliwie bo po latach nikt nie pojmie o co wtedy w istocie chodziło. Urzędasa na resortowej kursokonferencji przeszkolono, więc natychmiast zwraca uwagę na coś tak zabawnego jak konflikt pomiędzy koncepcjami kadrowymi władzy – podówczas mówiło się o „polityce partii i rządu” - a decyzją Wydawnictwa o zatrudnieniu nowego pracownika. Wszystko z powodu braku w mojej teczce personalnej.

 

Serio mówiąc, związawszy się z Warszawą musiałem więc popaść w uciążliwe procedury oznaczające omijanie „oficjalnej” polityki kadrowej. Nie ja jeden. Pochłaniało to rzecz jasna część energii taka samo urzędnika jak i zainteresowanego. Trzeba się było angażować w pokonywanie utrudnień administracyjnych tworzonych poza wydawnictwem. Dawałem sobie z tym radę nienajgorzej.

 

– Z perspektywy czasu widać jak bardzo wszystko niepotrzebnie. Ktoś dzisiaj mógłby nie uwierzyć, że w PRL drobiazgowo reglamentowano nie tylko poziom zarobku absolwenta politechniki, okresy awansowe, ale także coś o wiele ważniejszego: ingerowano w wybór miejsca zamieszkania i zakładu zatrudniającego. Partia miała swoje jawne i ukryte motywacje. Obawiała się, że przybysze napływając do Warszawy zaczną kiedyś żądać mieszkań. Budownictwo i bez tego nie nadąża. Warszawiak sam żadnej chaty nie zbuduje. Niezadowolenie „klasy robotniczej” prowadziłoby do podważenia oficjalnej tezy o wyższości nowego ustroju sprawiedliwości społecznej nad rządami wstrętnych burżujów i pazernych kapitalistów.  Zamiast więc budować dostatecznie dużo, władza starała się filtrować potrzebujących. Piszę bo w XXI wieku o tamtych ograniczeniach (również mentalności) dobrze byłoby pamiętać. Ukryta motywacja natomiast polegała na regulacji proporcji inteligencja – klasa robotnicza w centrum władzy.

 

Przepisy administracyjne wydawane w PRL często mijały się z realiami życia. W całej Warszawie roiło się od pracowników dojeżdżających z okolic w promieniu 50 i więcej kilometrów. Prócz tego tysiące  zatrudnionych w stolicy zamieszkiwało w niej na podstawie nielegalnego zameldowania lub w ogóle bez niego. Po 1967 roku dość długo prowadziłem ping ponga z urzędem meldunkowym.

 

Jak zwykły włóczykij naruszałem przepisy ewidencji ruchu ludności. Partia „przewodniczka” uchwaliła ewidencjonowanie miejsc pobytu  i jeszcze postawiła szlaban meldunkowy w Warszawie. Do pilnowania realizacji zaangażowała Milicję Obywatelską, urzędy pracy, działy kadr, gospodarzy budynków mieszkalnych itd. Jak nakryją to grzesznik może trafić przed oblicze najbliższego kolegium ds. wykroczeń. Wręczenie mandatu pewne.

 

Kumoterstwo

 

Rozwiązanie się znalazło. Najpierw uwolniono mnie z obowiązku nakazowego. Na sztywne uchwały i przepisy znalazł się sposób niezawodny: kumoterstwo. Piękny ten wyraz,  a ile ma tęczowych barw!  zimą 1968 roku poznałem urok kumoterstwa bez brudzenia rąk łapówami. - Wystarczyło, że sposób na ominięcie nakazu pracy przedstawił pewien zacny redaktor z WCT NOT.

 

Ten zacny redaktor to był pan Bohdan Makarewicz, szef miesięcznika „Ochrona Pracy” i autor wielokroć wznawianego „Praktycznego poradnika bhp”. Pana Bohdana warto zachować w dobrej pamięci bo – niezależnie od wspomnianej, tak ważnej dla moich losów interwencji - był poważny fajny gość. O wstawiennictwo w mojej sprawie prosił go pan Bernard Kowalski.   

 

- Zabrał wspomnianego nowego pracownika do swojej dobrej znajomej, dyrektorki departamentu w Ministerstwie Pracy. Pani miała tę zaletę, że w jej zakresie kompetencyjnym  obok wielu innych niewątpliwie ważnych zadań mieściła się też kontrola realizacji nakazów pracy. Jestem u niej w gabinecie. Na tę okazję działem ubiór wizytowy. Żadna to fatyga: tylko ten jeden garnitur miałem.

 

Po wkroczeniu do gabinetu redaktor wskazuje na przyprowadzonego delikwenta i grzecznie przedstawia argumenty przemawiające za zwolnieniem z nakazu pracy w przemyśle. Dyrektorka departamentu spojrzała. Odniosłem wrażenie że dość życzliwie; w jej ocenie, ani chybi, już za sam wygląd udało mi się przejść pierwszą bramkę kwalifikacyjną. Coś tam sobie w głowie przekalkulowała i  za chwilę mówi „dobrze”, sięga po słuchawkę, wzywa naczelniczkę odpowiedniego wydziału ministerstwa, odpowiedzialną za „pion” nakazów pracy. Scenka zamiast do moich wspomnień z gabinetu ministerskiego powinna raczej trafić do kabaretu, może nadawałaby się na jakiś skecz.

- Niebawem naczelniczka wchodzi do dyrektorki. Melduje przybycie i zastyga w pozycji stojącej. Buzia w ciup. Milczy wysłuchując jak szefowa krótkimi słowy wyjaśnia, o co poprosiliśmy.

Kiedy szefowa kończy mowę, naczelniczka gorliwie reaguje. Mówi jak przystało na wytrawną formalistkę. –„Tego nam nie wolno zrobić, pani dyrektor, ten pan jest inżynierem a nie redaktorem i obowiązuje go nakaz pracy w przemyśle”.

Naczelniczka nie odczytała intencji, inaczej mówiąc, podwładna spudłowała. Jej zwierzchniczka nie takiej odpowiedzi oczekuje. Dyrektorka piastująca wyższe stanowisko wie, że redaktorem w prasie technicznej może być też inżynier, a więc ktoś inny niż absolwent filologii polskiej. Jest zaskoczona obiekcjami. Spojrzawszy na mało pojętną formalistkę wzrokiem karcącym cedzi: - Tę sprawę trzeba załatwić „na tak”.

Podwładna milknie, już nic nie odpowie, znowu buzia w ciup. Zrozumiała. Kiwnęła tylko głową na znak, że polecenie przyjmuje do realizacji i robi przepisowy w tył zwrot, drobnymi kroczkami za drzwi.

 

Co w tym nadzwyczajnego? -  powiesz. Podwładna zachowała się jak przepis stanowi. Na scenę teatrzyku lepiej by się nadawało gdyby powiedziała: protestuję! i rzuciła moje papiery na biurko szefowej. No nie, odpowiem, porzuć nadzieje na widok efektownej draki. W żadnym ministerstwie takie zachowanie nie wchodziło w grę. 

 

Następnego dnia goniec z wydawnictwa odebrał z ministerstwa odpowiednie pisemko. Ulga. Może faktycznie, w tym peerelu da się żyć? Problematycznych sukcesów nie zwykłem świętować. Ten też nie był godny świętowania. Przecież oprócz omijania nakazu pozawarszawskiej pracy miałem coś ciekawszego do zrobienia. Był zapał do pracy. Wierzyłem, że w prasie technicznej odegram rolę pełniej niż gdzieś tam fabryce. Czy mogłoby martwić, że załatwiając moją sprawę organ władzy wykazał jak mało sobie robi z uchwał zwierzchników z Komitetu Centralnego?  Powinno to kogoś martwić, ale z pewnością nie mnie z przyczyny akurat tego jednostkowego przypadku.

 

Owszem, powiodło się, ale nie czułem się wyjątkowym farciarzem. Z nowego naboru w Wydawnictwie nie byłem pierwszy ani ostatni. W tym czasie do WCT NOT trafił kolega z „Politechnika”,  inżynierowie Janusz Ostaszewski. Na marginesie, Janusz miał jednak nade mną pewną przewagę: mieszkał w podmiejskich osiedlach Warszawy. - w Strudze, na stacji kolejowej, w służbowym lokalu ojca – zawiadowcy nieistniejącej już linii kolejki wąskotorowej. Jeszcze kilku innych młodych z pełnym wykształceniem politechnicznym wzmocniło starszy personel edytorski często nie legitymujący się wykształceniem kierunkowym, niekiedy tylko świadectwem tzw. inżyniera notowskiego nadawanego przeważnie absolwentom średnich szkół technicznych, bez wymogu gruntownej praktyki w produkcji.

 

Piękny dom

 

Odejście z Redakcji TS„Politechnik” oznaczało rychłą utratę kwaterunku w „Rivierze”. Nowym miejscem zamieszkania i tymczasowego zameldowania stał się narożny dom przy Nowogrodzkiej 40 róg ul. Poznańskiej, obiekt zbudowany w czasach międzywojennej świetności kamienicznictwa. W bramie wejściowej kran-wodotrysk. Na wysokim parterze u braci Skośkiewiczów, z ich pięciopokojowego lokalu wynająłem jedną izbę. - Po kilku schodkach z bramy głównej  drzwi główne a potem parę kroków do pokoiku przez świetlicę. Moje okno wychodziło na wycementowany dziedziniec wewnętrzny, czyli typową warszawską „studnię”. W suterenie, jak przed wojną wciąż funkcjonowała dozorcówka, a jakże! Braci Skośkiewiczów było dwóch, jeden żonaty. Listę mieszkańców uzupełniał grzeczny wilczur.

 

Położenie tego mieszkania miało kilka zalet. Najważniejsza - do pracy blisko; przejeżdżałem tramwajem jeden przystanek do skrzyżowania Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Stamtąd parę kroków do gmachu NOT przy  ul.Tadeusza Czackiego róg Świętokrzyskiej.

 

A na Czackiego; jak ja lubię takie luksusy. Znowu pracuję w pięknym budynku. - Do niedawna wchodziłem w pyszny fronton gmachu głównego Politechniki Warszawskiej, teraz codziennie wita mnie piękny fronton gmachu stowarzyszeń naukowo-technicznych. Przyjemnie się pracuje chociaż lokal redakcji… już o tym było. Budynek NOT powstały na początku XX wieku współprojektował Władysław Marconi. W czasie II Wojny Światowej Niemcy doszczętnie zniszczyli. Odbudowaliśmy. Co za kształty! Nad głowami napis „artibus technicis. Brama wejściowa stanowi co jakiś czas scenografię kolejnych filmów. Przez nią właśnie droga do redakcji. 

 

Dzień roboczy zaczynaliśmy punktualnie od godziny 8,15 a kończyli po 16-tej (w soboty o 13-tej). Po wejściu, w hallu na kamiennych ladach szatniarskich czekały listy obecności. Dyscyplina jak w fabryce karabinów maszynowych.  – W parę minut po 8,15 personalna zabierała listy i spóźnialski chcąc złożyć podpis, już bieży do pokoju działu  kadr. Wchodząc  musiał uprzejmie prosić szefową o udostępnienie ulotnej listy. Recydywa nie popłacała. Powtarzające się spóźnienia mogły spowodować konsekwencje służbowe  z naganą włącznie. Od sztywnego obowiązku ewidencji obecności uwolniłem się dopiero za cztery lata, po zmianie redakcji; nowy lokal mieścił się poza główną siedzibą wydawnictwa.

 

Panie nieciężkich obyczajów

 

Do pracy z wynajętej kwatery miałem bliziutko. Wiele innych zalet lokatorstwa na Nowogrodzkiej 40 miało się ujawnić wkrótce podczas codziennej drogi  powrotnej z wydawnictwa. Młodemu ciekawskiemu oku trafiła możliwość obserwowania obyczaju rezydujących na chodniku pań nieciężkich obyczajów. W kwartale warszawskich ulic Nowogrodzka/Poznańska/św.Barbary mieścił się ich matecznik. Formalnie, prostytucji w Polsce Ludowej zakazano. No, ale… o plejadzie fikcyjnych przepisów już coś w tych wspomnieniach było. Mimo surowego zakazu prostytucja istniała. Ustrój nie znał na nie metody i nawet nie próbował wyeliminowania. Bolszewia łagodna wobec niektórych proweniencji.

 

O Córach Koryntu jeszcze niewiele  podówczas wiedziałem. W rodzinnym domu słowo „prostytucja” nigdy nie padło. W Liceum Ogólnokształcącym nikt nie wspominał. Nawet wielki znawca antyku (wtedy żyjący jeszcze w Warszawie) Jan Parandowski swej genialnej twórczości, nigdzie nie opisał. Trochę uwagi poświęcali tematowi niektórzy koledzy z akademika. Ale to było kiedyś, w Krakowie. Obecnie, Córy Koryntu miałem każdego dnia po południu wracając z redakcji. Rezydowały na trotuarze Nowogrodzkiej 40, tuż przy skwerku u wejścia do siedziby Dzielnicowej Rady Narodowej Warszawa-Śródmieście.

 

Wracając po pracy do pokoiku dość prędko mogłeś zauważyć, że przed bramą spacerują stale te same damy i to bynajmniej nie mieszkanki kamienicy. Wtedy JWF zaczął się orientować, jaki zawód uprawiają pod domem i gdzie są inne stanowiska pracy reszty koleżanek. One też mnie zaczęły dostrzegać.  Początkowo byłem taksowany ukradkowymi, badawczymi spojrzeniami. Może to jakiś klient? Nie odmówiłoby się przecież. Wkrótce zmieniły kwalifikację tego młodego pogodzone z faktem jego codziennego przechodzenia przez tę bramę pod numerem 40. Zaliczyły do grona „tutejszych” a więc nie do klientów. Nie wyglądałem też na jakiegoś z obyczajówki. To znaczy - traktowały z życzliwą obojętnością. Na tym gościu zarobku nie będzie. - Swój, bo tutaj mieszka, skonstatowały. Odetchnęły z ulgą. Gdybym uznał za stosowne zaczęlibyśmy wymieniać gesty powitań jak starzy znajomi. Ja z Córami Koryntu ani myślę się fraternizować. Mało znany temat zaciekawia mimochodem.

 

- Były to dość młode babki. Ulicówki, czyli: uroda raczej przeciętna. Ładniejsze, na chodnikach nie rezydowały, już wtedy funkcjonował rynek bardziej efektownych zwanych z angielska callgirls. Ów średni poziom urody radykalnie zaniżała jedna spośród ulicówek. Naprawdę  szpetna była. Mówiono o niej „Ślepa Zośka”. Samotnie wystawała za rogiem, na Poznańskiej pomiędzy Nowogrodzką a alejami Jerozolimskimi.  Bardzo często urzędowała w pobliżu bramy, przez którą wchodziło się do biura ogłoszeń „Życia Warszawy”. Osoba starszawa, dość pulchna, w upale i w chłodne dni nosiła ten sam czarny prochowiec, chyba ortalionowy. Zastanawiałem się czy ktoś jeszcze na nią wtedy poleciał? O ile mogłem to zauważyć mimochodem, czasem, na krótko gdzieś z posterunku znikała. Więc chyba ktoś poleciał.

 

Mężczyzna, który tak jak ja, z paniami nieciężkich obyczajów nie szukał bliższej znajomości. Widując często,  przede wszystkim dziwił się organizacji dnia. Nijak nie sprawdzał się synonim Cór Koryntu - „królowe nocy”. Rzeczywistość na Nowogrodzkiej była całkiem inna. Obserwując je codziennie, każdy zauważyłby, że w najstarszym zawodzie świata roboczodniówkę zaczyna się nie w nocy lecz wcześniej, nawet o trzynastej - czternastej. Żadne tam królowe nocy. W lecie świeci słońce a one już na posterunku.

 

- Łatwo objaśnić ten rozkład zajęć. Dlaczego „Królowe nocy” zaczynają już w południe?  Bo pojawia się wtedy specyficzna klientela pozawarszawska. Kim byli? - wśród delegowanych przeważali lokalni urzędnicy, oraz członkowie kadry kierowniczej przemysłu, pegeerów i spółdzielczości. Panowie ci przeważnie mieli zasobne portfele.

 

Są lata siedemdziesiąte. Dużo ważnych baronów przybywa z „terenu” aby podtrzymać służbowy kontakt z centrum. W dni robocze, różne konferencje w ministerstwach kończą około godz. 13. Z Warszawy około 16 większość pociągów pośpiesznych wywiezie ich w powrotną drogę. Wszystko jasne? - Spełnili swoje misje w ministerstwach, centralnych zarządach i innych ważnych instytucjach stolicy. Potrzebowali czegoś jeszcze. Część z nich, pozbawiona hamulców lubiła się rozerwać z dziewczynkami.  Po drodze z tych centralnych urzędów, skupionych przy Kruczej, Mysiej czy Żurawiej na dworzec szli Nowogrodzką i Poznańską. Trafiali na prawdziwe zagłębie do fedrowania.

 

W aktówkach każdy ma druk delegacji podpieczętowany. Z Warszawy odjadą tak jak  przyjechali najwygodniej czyli pociągiem. PKP kursują dość punktualnie. No to, może by do Narożnej restauracji „Dzik” na obiadek?  Przy posiłku seta. Potem wychodzimy, na ulicy umawiamy mały numerek z panienką w najbliższym domu schadzek i dawaj na dworzec, do ruszającego za chwilę wagonu pierwszej klasy. Warszawa zostawała za plecami. Żadnych śladów. Dyskrecja zapewniona. Wieczorem, po powrocie kończyły się ważne warszawskie obowiązki naszego barona, prezesa czy innego dyrektorka. Wysiadał z pociągu na swojej stacji, jak prawdziwe niewiniątko grzecznie meldował się we własnym domu. Zachowywał słodkie stołeczne wspomnienia w małym miasteczku. Powiat – oczywiście – nie dawał mu tylu możliwości i nie był tak wyrozumiał jak nasze, w pełni liberalne zagłębie rozrywkowe centrum Warszawy.

 

Telewizor składak

 

Praca w Wydawnictwie Czasopism Technicznych NOT była na tyle unormowana, że po południu miałem zazwyczaj sporo czasu. Dla kawalera i radioamatora w to graj. Posiadałem już małe radyjko. Marzył mi się telewizor. Oczywiście, wtedy odbiornik TV stanowił towar luksusowy z wszystkimi tego konsekwencjami, czyli drogi i – nawet, gdy miałeś kasę - trudny do nabycia. Więc coś takiego postanowiłem zbudować sobie sam. To był zamiar godny nazwy „ostatnie przedsięwzięcie majsterkowiczowskie” osobnika jeszcze nieżonatego .

 

Schemat telewizora polskiej produkcji można było wtedy kupić wraz z odpowiednim numerem miesięcznika  „Radioamator”. Za materiał służyły mi podzespoły kupione z przeceny. Najczęściej felerne, odrzucone przez kontrolę techniczną fabryki telewizorów. Producenci tego nie złomowali lecz kierowali do sklepów z „brakami”. Taniocha. Często powodem deklasowania podzespołów były tak drobne usterki jak np. pęknięcie ścieżki lub jakieś niedolutowanie na płytce. „Rzucano” na rynek raz takie elementy, raz inne. Trzeba polować. Metoda prosta; wracając z pracy cierpliwie odwiedzam sklep dla radioamatorów na warszawskiej ul.Szpitalnej (teraz ulokowała się tam apteka). Rozglądam się i usiłuję kupić to, czego mi potrzeba a co akurat w tych dniach leży w skrzyniach czy na półkach. W ten sposób martwe przedmioty ożywały, obudzone nawiązywały bardzo emocjonalną sympatię  z moimi zainteresowaniami majsterkowiczowskimi. Co tydzień szczęśliwy niosłem na ul.Nowogrodzką któryś tam kolejny upolowany „brak” fabryczny. O dziwo, po dwóch czy trzech miesiącach udało się zdobyć większość części do późniejszego samodzielnego montażu. Nie wszystkie zgromadzisz jednakowo łatwo. Wytrwały wizytował  w tym celu po kilka sklepów również pozawarszawskich. Oczywiście polowało wielu, przeważnie trafiałem jako klient ze statusem niższej kategorii, ponieważ przede mną najlepsze podzespoły wybierali radioamatorzy-zawodowcy, warszawskie cwaniaki, którzy z seryjnej produkcji i sprzedaży składaków zrobili sobie niezłe źródło dochodów. Istniał nawet rynek składaków.

 

- Wymyśliłem pewien sposób omijania kolizji z cwaniakami. Po pierwsze, postanowiłem zbudować telewizor „Koral” tzw. trójpłytkowy. Fabryki produkowały już wtedy nowszy konstrukcyjnie aparat „Ametyst” dwupłytkowy. Cwaniacy gonili za częściami do „Ametystów”,  ja zadowoliłem się starszym modelem. Po drugie, coś nie do zdobycia w sklepie potrafiłem zrobić własnoręcznie. Widząc, że nie ma szans kupienia najtrudniej osiągalnej metalowej „ramy” do owych płytek, ustąpiłem z pola walki. Zmontowałem sam. Ta rama to był stelaż uchylny, umieszczony za kineskopem. Czy warto się tym pochwalić? Tak, bo składanie zaczynało się od ramy, jak w samochodzie. Kto ramy nie miał, stał w miejscu, choćby zgromadził wszystkie inne elementy. Ale nie ja, magister inżynier mechanik. Ramę skleciłem z aluminiowych kątowników.

 

No i tak doprowadziłem do sytuacji, że na stole w wynajmowanym u p.Skośkiewiczów pokoiku, stanęło sobie najpierw puste pudło – z powodu jakiejś rysy na lakierze wybrakowana obudowa z „Ametysta”. Potem przybył 19 calowy kineskop starej konstrukcji („starej” bo rząd kupił już licencję Thomsona na zupełnie inny typ kineskopu – do odbioru obrazu kolorowego). Dopasowałem tabliczkę z przyciskami i pokrętłami służącymi do regulowania „Beryla” . Podzespoły na płytkach, jakiś transformator wysokiego napięcia, wiązki kabli poskładałem w całość w kilkanaście „roboczo-wieczorów”.

 

Inauguracja składaka przypadła na bardzo uroczysty moment. Tego dnia miał się odbywać koncert laureatów Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Szopena. Do pokoiku na Nowogrodzkiej dały się zaprosić dwie przyjaciółki Teresa Widota i Ewa Ziółkowska, miłośniczki muzyki Szopena. O bilecie do sali koncertowej nie mogliśmy marzyć. Więc są u mnie. Gawędzą sobie przy herbatce a ja podjąłem próbę uruchomienia „Korala”. Wszystko prezentowało się nienajgorzej. Za prowizoryczną antenę służył pokręcony kawałek drutu; wystarczył bo mieszkałem przy nadajniku na szczycie Pałacu Kultury. Koncert już się zaczął, a obrazu na ekranie nie ma. Porażka? Wreszcie coś tam dokręciłem i  ekran rozbłysł. Ukazał się na nim bladawy obraz sali koncertowej. Grał laureat, Amerykanin Garrick Ohlsson. Fonia „Korala” działała bez zarzutu. Obraz bladawy bo szwankował transformator wysokiego napięcia. W rezultacie obejrzeliśmy i wysłuchali chociaż obraz niedostatecznie kontrastowy. W tamtej sytuacji takie mankamenty odbioru nie psuły nastroju. Panie i tak były zachwycone.

 

Obliczyłem, że telewizor kosztował mnie trzecią  część nowego. Po kilkunastu latach od inauguracji „Korala” na ul.Nowogrodzkiej, w sklepach zaczęły się pojawiać odbiorniki TV-kolor. Drogie. Mój pierwszy kolorowy wyrób pochodzący z którejś wytwórni b.ZSRR, kupiłem za honoraria otrzymane akurat wtedy z gazet zagranicznych. Mając nowy, „Korala” nie wyrzuciłem.  Potem dowód moich majsterkowiczowskich uzdolnień, telewizor – zabytek  zakurzony trafił do piwnicy w Komorowie na Sportowej 26. Planowałem wystawić go kiedyś jako eksponat w muzeum obywatela klasy średniej. Pewnego dnia z piwnicy go wykradziono. Zdematerializował się. Ani chybi, szatan do tego rękę przyłożył. Ale, można pomyśleć, że jeżeli skradli „Korala”, to znaczy: miał wartość, był cenny!

 

Własne M-3

 

No i mam zwolnienie z nakazu pracy, ale do stabilizacji w Warszawie jeszcze bardzo daleko. Dostałem zgodę na zatrudnienie stałe, rzetelnie wykonuję obowiązki w redakcji „WW”. Jednak podniosło się tylko pierwsze ramię szlabanu. Następna przeszkoda do pokonania to brak zameldowania stałego. Własnego mieszkania – oczywiście - nie mam. Nadal tolerowany byłem na zasadzie pobytów okresowych. Władze mogły tolerować, bo po pierwsze, nikomu specjalnie nie podpadałem. A po drugie, coraz wyraźniej widać - naprodukowano tyle przepisów regulujących sprawy zatrudnieniowe, że system stracił skuteczność, czy jak to dzisiaj mówią „zawiesił się”. Realizacji nikt już nie był w stanie upilnować. Nie zdarzyło się, żeby którykolwiek urzędnik pytał o to, czy jeszcze mam stare zameldowanie okresowe  i czy przypadkiem nie trzeba go odnawiać. Drugie ramię szlabanu wciąż jednak zagradza drogę. - Podniosło się dopiero po kilku następnych latach od przyjazdu do Warszawy. Zameldowanie stałe wywalczyłem w 1970 roku wraz z przydziałem pierwszego własnego M-3 na ul.Czerniakowskiej.

 

Ktoś słusznie oceni: miałeś chłopie wielki fart! Nic jednak z nieba nie spadało. Wyraz „wywalczyłem” dobrze tu pasuje. – Ów fart miał pewien związek z interesującym zjawiskiem dysfunkcjonalności poleceń zwierzchnictwa PZPR obserwowanym tuż obok siedziby Komitetu Centralnego. Jak w przysłowiu: Pod latarnią najciemniej. - W bliskości centrum administracji państwowej narodziło się zjawisko specyficznie pojmowanej rywalizacji warszawskich pracodawców. Z jednej strony obowiązywał ich zakaz zatrudniania przybyszy spoza stolicy, a z drugiej zabiegali o dobrze przygotowaną kadrę w wyższym wykształceniem. Podkupowano sobie młodych nawzajem. To wszystko – przypomnę – w warunkach reglamentacji prawa do zamieszkiwania w stolicy. Uczestnicy rywalizacji, szefowie firm stosowali więc dość prosty trick. Pożądanemu pracownikowi, który owego prawa nie miał, czyli nie Warszawiakowi dawano „promesę przydziału mieszkania spółdzielczego” a po jej przedstawieniu w organie ewidencji ludności dostawało się stałe zameldowanie w stolicy. Nie to więc to samo co znane od stuleci znane przydzielanie mieszkań służbowych. To była pokerowa zagrywka. Przypominam; gra dostępna szefom instytucji bliskich centrali. 

 

Ponieważ Wydawcy zależało na redaktorach z inżynierskim wykształceniem miałem szanse na przydział locum. W NOT mogli się obawiać podkupienia. W tym czasie co tydzień występowałem już [8]/ na antenie Programu III Polskiego Radia, czasem w programach TVP I.

 

Te mieszkania się „dostawało”. Ale jak to wyglądało w praktyce? Skąd, od kogo? – wyjaśnienie bardzo interesujące. Czasy były na swój peerelowski sposób egzotyczne. Jakieś wysokie władze uznały, że centralne instytucje powinny raz na rok otrzymywać daninę od firm sektora budowlanego takich jak „Mokotów”, „Nauczycielska” lub „Energetyka”. Miała postać mieszkań w nowo wybudowanych blokach. Tworzyła pulę Urzędu Rady Ministrów (obecnie: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów RP). Przez lata po kilka – kilkanaście przydziałów mieszkań dla swoich pracowników kapało też z URM do organu założycielskiego mojej firmy czyli NOT. Ten  rozdysponował komisyjnie. Pewnego dnia przyjął argumentację przedstawiciela wydawnictwa wobec mojej kandydatury. - WCT NOT wiedziało, że a) jestem potrzebny i b) - od niedawna  jestem żonaty, że jeszcze wynajmuję pokoik na ul.Nowogrodzkiej a już na świecie ma się pojawić syn Piotr. No więc komisyjnie, jednak niewątpliwie z preferencją, przydzielili tzw. M-3. Były to dwa pokoje z ciemną kuchnią i balkonikiem metr na metr, na IX piętrze nowo wybudowanego bloku na ul.Czerniakowskiej nr 20 m.124.

 

Ten przydział locum stanowił wielki sukces młodej rodziny Jana i Teresy Forowiczów. Zwłaszcza, że na horyzoncie największe szczęście - syn pierworodny. Teresa, wygląda wówczas jak mróweczka miododajna, czyni ostatnie przygotowania do roli mamy. Natura wyznaczała kobiecie tempo. I to jest piękne. Mnie dopisał fart i życzliwość zwierzchników z NOT.

 

Przydział to jedno. Inna rzecz faktyczne objęcie lokalu. Z oddaniem do użytku bloku mieszkalnego wszystko szło inaczej. Jak po grudzie. Zakończenie budowy opóźnia się. Chciałbyś uzyskać wyjaśnienie kolejnych obsuwek ale w administracji spółdzielczej nikt nie zna przyczyn. Postęp robót zależał od decyzji dziesiątków instancji, kaprysów ważnych ludzi oraz mniej czy bardziej przejściowych trudności budowlańców z kadrami i zaopatrzeniem w materiały. 

 

Cierpliwie czekamy. Niepunktualny wykonawca – nic nowego. Nikt, ani Teresa ani ja nie tracimy czasu. Tamci budują i budują a ja stwierdzam, że trzeba kupować meble jeszcze w czasie oczekiwania na klucze. Miałem na to pieniądze. Na przełomie 1969/70 roku stałem się bywalcem kolejnego sklepu - Domu Meblowego „Emilia”.  Tu znowu trzeba polować na towar. Stopniowo udawało się kompletować segmenty meblowe „Koszalin – mahoń błyszczący”. Deponowałem je w piwnicy willi wujka Włodzia Buraczyńskiego. W końcu marca 1970 wreszcie blok na Czerniakowskiej 20 oddano do użytku. Zapobiegliwość opłaca się. Kiedy w administracji wręczono klucze do M-3, szybko można było meble przywieźć, poskręcać i poustawiać.

 

Odbieranie kluczy do mieszkania zbiegło się w czasie z narodzinami Piotra. Syn nie zważając na przewlekłe mieszkaniowo-spółdzielcze procedury, uznał za stosowne urodzić się podczas wizyty Teresy u rodziców w Elblągu. Wtedy właśnie, gdy kończyłem montować meblościankę „Koszalin”. Pierworodny w domu dziadków na ul.Żeromskiego czeka, jeszcze nic nie wie prócz tego, że warto by coś zjeść i znowu pospać. Wkrótce jednak Piotruś trafił do kolebki warszawskiej. Czekało drewniane łóżeczko i materacyk.

 

Ciesz się, że zdążyłeś urządzać mieszkanie. Dobry Bóg sprawił, że przed północą, w przeddzień wyjazdu po Piotra i Teresę wszystko nawet firanki w oknach było już gotowe. W pomieszczeniu kuchennym ustawiłem piekarnik w bardzo modnym kolorze,  lodówkę i stolik śniadaniowy. Można odpocząć, jutro wyjazd do Elbląga.

 

- Początek kwietnia, późna godzina, na dworze pociemniało, jest dość ciepło. Na chwilę przerywam krzątaninę, otwieram szerzej drzwi na balkon. Z wysokiego, dziewiątego piętra widok znakomity. Przed domem, wzdłuż Czerniakowskiej przebiegała wtedy linia tramwajowa. W jej poprzek droga  z płyt betonowych. Budowlańcy wznoszący sąsiedni, bliźniaczy blok pod numerem 18 zrobili sobie w poprzek torów wjazd na zaplecze. Stale coś się tam dzieje. Akurat przybył Jelcz z przyczepą. Obserwuję nocny transport jakichś płyt czy worków cementu. Na przejeździe pojazd drogowy nie radzi sobie, chyba nie wchodzi w łuk. W każdym razie, utknął na torowisku. Coś warczy i zgrzyta, szofer wojuje z oporną skrzynią biegów.

 

Stróż nocny zaniepokoił się, wyszedł z dyżurki. Woła do kierowcy: coś tak stanął na torach?  Spstąd bo walnie w ciebie jakiś tramwaj.

Ten w szoferce pyskaty, ma coś naprzeciwko. Stróż ponagla. Kierowca w odpowiedzi rzuca parę „k” i radzi aby stróż sam sp

W tym dialogu warszawscy dżentelmeni nawet nie zdążyli się wykazać pełnią elokwencji. Wymianę poglądów przerwał zbieg nowych zdarzeń. - W ciszy nocnej jeszcze słychać echo tych ich „k” aż nagle, gdzieś od strony ul. św.Bonifacego, coraz bliżej stukot kół. Jeden rzut oka z mojego balkonu i co widzę? - Z lewej, zza łuku szosy, na pełnej szybkości wynurza się nocny tramwaj. Wszystko w ułamkach sekund. Motorniczy kompletnie zaskoczony widokiem rozkraczonej na torach ciężarówki nie daje rady wyhamować i uderza w przyczepę Jelcza.

Chwila martwej ciszy. Opadły blachy, żelastwo przestało drgać.

No i wtedy słyszę stróża. Głosem stentorowym zwraca się do kierowcy: „ a nie mówiłem ci ty ch… żebyś sp…?”

 

Rozruch dwutygodnika „WW” dla majstrów

 

 „Wiadomości Warsztatowe” uruchamialiśmy w 1968 roku[9]/, po kilku miesiącach od podjęcia  mojej pracy w WCT NOT. Przez kilka tygodni trwały gorące dyskusje o treści i formie. Początkowo redaktor Bernard Kowalski planował to pismo w postaci zeszytowej. Proponowałem format gazetowy. Uważałem, że nasz adresat, to znaczy majster i robotnik wykwalifikowany oraz uczeń technikum, nie powinien być zmuszany do wertowania pisemka wielostronicowego, z niewielkimi ilustracjami, małpującego czasopiśmiennictwo naukowe. Nie będzie gromadził roczników. Potrzebuje czegoś jak popularne wówczas popołudniówki „Echo Krakowa”, katowicki „Wieczór” albo „Nowiny Toruńskie”. Gość ma rozłożyć papier, rzucić okiem na tytuły czy na obrazki, a co z tą nauką zrobić dalej, to już on sam będzie najlepiej wiedział.   Na pewno zacznie wybrawszy któryś rysunek najciekawszy dla technika.

 

Tak też wyglądał pierwszy numer. Pismo w chwili startu miało 30 tys. nakładu. Abonowane było dobrze na terenie całego kraju. Do archiwalnych roczników można dotrzeć w Bibliotece Narodowej. Może zechce to zrobić ktoś zainteresowany inicjatywami państwa na rzecz doskonalenia kadr technicznych.

 

W trakcie budowania redakcji trzeba było przyjąć dwóch nowych pracowników. Zaproponowałem naczelnemu pierwszego z nich, Eugeniusza Pindla. Poznałem go swego czasu w oddziale gliwickim „Politechnika”. Studia techniczne najwyraźniej mu się nie podobały. Utknął na urlopie dziekańskim Wydziału Chemii Politechniki Śląskiej. Urodzony felietonista a poza redakcją także sportowiec - sprinter. Pewnego dnia opuszcza Gliwice i podejmuje pracę w „Politechniku” w Warszawie. Przy okazji jakiegoś spotkania w Tygodniku Studenckim zaprosiłem go na ul.Czackiego i przedstawiłem szefowi „WW”. Spytasz: co felietonista miałby robić w piśmie dla majstrów i wykwalifikowanych robotników? - trudno odpowiedzieć. Zachwalałem kandydata. Może ze znawstwem będzie opisywał przydatne majstrom środki chemiczne. Szef całego interesu Kowalski sceptyczny, ale wie, że nowo uruchamiany tytuł wymaga podejmowania wielu tematów. Fakt szef WW – do wprowadzenia felietonów najmniej skory. Jednak wyraża zgodę a dyrektor J.W Czarnowski aprobuje. Nadchodzący czas wykazał, że jednak pomysł włączenia Gienka do zespołu był dobry.

 

Po zatrudnieniu Gienia w WCT NOT dało się zauważyć, że ma – ponad wszystko - pewien dar szczególny. „Epi” intuicyjnie wyczuwa potrzebę odtechnicznienia prasy upowszechniającej kulturę techniczną. To i mnie pasowało. Redagując chciałem oddziaływać na czytelnika udostępniając mu dużo wiedzy fachowej, ale także ukazując towarzyszące wartości i działając na emocje. A więc, wykorzystując nie tylko techniczne obliczenia, rysunki, modele czy uczone rozważania profesorskie. Gienek przydał się bardzo. M.in. zainicjował kilka ciekawych akcji redakcyjnych a w tym – ogłoszenie konkursu pamiętników mistrzów. Nadesłano sporo prac.

 

Cennym nabytkiem nowo powołanej redakcji stał się inż. Ryszard Kolankiewicz. Planował być z nami dwa lata a potem - zatrudnić się w jakiejś fabryce. Rysiowi powierzyliśmy zatem  opracowywanie opisów usprawnień technicznych. Roboty miał sporo. Rysio osoba typu „brat łata”, dobry kolega, teksty oddawał jak należy, dużo i terminowo. Ale, zgodnie z osobistymi preferencjami, poszedł do któregoś z przedsiębiorstw dzielnicy przemysłowej na warszawskim Służewcu. Dziennikarstwo nie miało być jego celem. Zniknął z horyzontu.

 

Bardzo ważną dla „WW” osobą okazał się skromny Witold Michalski, genialny rysownik, retuszer i kreślarz. Był współpracownikiem, formalnie zatrudnionym w redakcji renomowanego miesięcznika „Mechanik”. Pan Witold… – wieczny romantyk skrycie podkochujący się w pewnej mężatce, redaktorce po drugiej stronie biurka w tym „Mechaniku”. No i lekko roztargniony. Poszukując jakiegoś zarzuconego papierka miał zwyczaj narzekać: Tak dobrze schowałem, że teraz sam nie wiem gdzie.

 

Mieliśmy też kilku współpracowników - redaktorów ryczałtowych jak np. wspomniany B.Makarewicz. Zadaniem ryczałtowców było zapełnianie teki redakcyjnej i opiniowanie tekstów, aby w odpowiednio oznaczonych „tematycznych” pudełkach inż.Bernarda Kowalskiego zawsze znajdował się godny zapas. Poza tym ryczałtowcy stanowili korpus doradców w bardziej skomplikowanych sprawach merytorycznych.

 

Porządne ubranie

 

Do redakcji przychodziło się „pod krawatem”. Paradowałem wtedy w szytym na miarę czarno-grafitowym garniturze, jedynym, który wtedy miałem. Pamiętał wyprawę na winobranie w Szampanii, zwiedzanie Lionu, autostop przez góry pasma Ain i pierwszy pobyt w Paryżu. Ubranie - cały godny uwagi majątek, jeśli nie liczyć skutera „Osa”. Nawet nie naciągnąłem kieszeni marynarki. Chociaż codziennie jadąc do firmy i z powrotem do domu, ręce miało się swobodne, bo prac domowych nie braliśmy. Garnitur z solidnej wełny przed elanowej.

 

Szefa mieliśmy tolerancyjnego. Ku pewnemu zaskoczeniu red.Kowalskiego zacząłem wtedy lansować zachowania, niektóre wręcz zaskakujące personel wydawnictwa. Na przykład, zainicjowałem – rzecz niepojęta dla starszych członków załogi wydawnictwa – dłuższe przebywanie w redakcji. Zerwałem ze zwyczajem wybiegania do domu punktualnie o godzinie 16-tej. Tradycyjnie, personel redakcyjny gremialnie opuszczał o tej godzinie gmach. Pędzili do warszawskich mieszkań tramwajami a dojeżdżający spoza stolicy - na stację kolejową. Ja i fajny młodszy personel redakcyjny „WW” inaczej; chętnie zostawaliśmy gdy nazbierało się dużo pracy. Nie zawsze, ale na przykład w przeddzień oddania do drukarni i trzeba było podszykować ostatnie teksty albo narysować zecerom brakujące makiety.

 

O przydział zdań bieżących dbał naczelny. W organizowaniu produkcji zadziwiał żelazną dyscypliną. Mam na myśli kompletowanie kolejnych numerów, czyli chyba najistotniejszą część pracy redakcyjnej. Podejmowanie decyzji, które miały być rezultatem burzy mózgów coraz bardziej wynikało z rutyny. Nowy numer „WW” zaczynał szykować zawsze tak samo. Podchodził do regału z wspomnianymi pudełkami zapasów. Czerpał z urobku redaktorów ryczałtowych. Rozdzielał sprawiedliwie. - Tyle tekstów na strony początkowe, tyle na dla działu bhp, a tyle na rozkładówkę, tyle projektów racjonalizatorskich i tak dalej. Z takim utrwalonym na papierze dorobkiem intelektualnym różnych fachowców, ale głównie specjalistów obróbki skrawaniem,  zaczynaliśmy planowanie. Trzeba rozwiać obawy czytelnika; mimo tego całego szufladkownictwa, planowanie nie było posiedzeniem bez historii. Dość często zdarzały się spory o wartość i – następnie - miejsce publikacji.

 

- A młodsi wiekiem redaktorzy ciągle to samo; rewolucje im w głowach, chcieli to pismo robić coraz atrakcyjniej.  Przenosiliśmy na techniczny grunt stereotypy redagowania prasy popularnej. Czy zawsze dobrze radziliśmy? Próbowaliśmy poszerzać profil techniczny i inaczej opakowywać towar. Eugeniusz na przykład nadal dopominał się o możliwość zamieszczenia na ostatniej stronie jakiegoś felietonu o tematyce mogącej zainteresować społeczność techników. Nie wiem czy w jego głowie, po cichu nie rodziły się jakieś inne spiski, na przykład żeby w następnym kroku eksponować zainteresowania plastyczne, domagać się  druku wierszy młodych poetów ujawniających w tym środowisku. Tego prasa notowska mogłaby by nie przeżyć.

 

Powtarzaliśmy red.Kowalskiemu:  majstrowie  i robotnicy wykwalifikowani mają też prawo do lżejszej lektury. Naczelny trochę niepewny swoich racji; nigdy nie był majstrem. My zresztą też nie byliśmy. On jednak szefując więcej ryzykował. Nieudane inicjatywy mogłyby odbić się utratą czytelników a za to odpowiadałby głową wobec dyrekcji wydawnictwa.  Więc część pomysłów już na wstępie oceniał mocno sceptycznie. Podejrzewam, że z grzeczności krępował się otwarcie przyznać, gdzie ma – na przykład – pamiętnikarstwo i całą literaturę z felietonami włącznie. W końcu szedł na ustępstwa. Dzisiaj widzę dokładniej, że pan Bernard miał z podwładnymi za swoje. Człowiek dobry. Tym bardziej zasługiwał na szacunek.

 

Sam trochę naruszałem ustalony porządek regału z teką redakcyjną. – Do typowych materiałów z obróbki skrawaniem, obróbki cieplnej, materiałoznawstwa itd. chętnie dołączałem artykuły z dziedzin tak odległych jak na przykład porady z dziedziny transportu ciężkich obiektów przez rzekę albo doraźnego postępowania w przypadku usterek uziemienia maszyn elektrycznych. „Wiadomości Warsztatowe” jakoś to wszystko zniosły.  Szukaliśmy ciekawych ilustracji. Dużo dobrych zdjęć wydębiłem z komórek informacji technicznej różnych instytutów. Na łamach „WW” eksponowany był humor rysunkowy, m.in. bardzo zdolnego rysownika pana Wojciecha Ładno. Dość dużo dowcipnych ilustracji drukował u nas Andrzej Stok, dobry znajomy z oddziału krakowskiego TS „Politechnik”. Oczywiście on i wszyscy autorzy wtedy honoraria otrzymywali terminowo. Zobowiązania traktowane były serio.

 

Tworzenie „Wiadomości Warsztatowych”, choć to pisemko techniczne, dawało sporo doświadczenia redakcyjnego. Sposób funkcjonowania, stosowanie rozwiązań graficznych, różne zagrywki warsztatu redakcyjnego budowane od zera, ożywiona współpraca z czytelnikiem. Podkreślam, cała gra w warunkach ubogości dostępnych podówczas środków. Do ilustracji kolorowych mogłeś co najwyżej zastosować duplex. Ale przecież jakoś tę atrakcyjność produktu zapewnialiśmy. Bacznie podpatrywało nas kilku kolegów z innych redakcji notowskich. Dzięki zespołowi etatowemu i ryczałtowemu redakcja WW wypracowała swoisty know how. Gdyby ktoś chciał powrócić do wydawania, miałby gotowy świetny wzór.

 

Pączki na Tamce

 

Kolejna siedziba redakcji „WW” mieściła się na trzecim piętrze gmachu NOT. Skrzydło od ul.Świętokrzyskiej z oknami zwróconymi w stronę gmachu NBP czyli na południe. W upalne dni pokoje redakcyjne słońce zamieniało w łaźnię. Latem pracowaliśmy tam zdejmując marynarki, ale i tak ciężko było. Klimatyzatorów nie mieliśmy; czegoś takiego chyba wtedy nikt w gmachu NOT nie widział. Więc aby trochę odetchnąć świeżym powietrzem Gienio, Rysio i ja, w porze południowej potrafiliśmy się urwać na pół godzinki zostawiając „na dyżurze” naczelnego z sekretarką i ich nałogiem papierosowym. Rozgrzana ulica była mimo wszystko o parę stopni Celsjusza łaskawsza od tamtego grilla. Latem, w Warszawie zdarzał się jakiś powiew wiatru od Wisły. Pewnego razu poszliśmy z ul.Czackiego na krótki spacer w kierunku ul.Tamka. Jest tam prywatna cukierenka. W oknie wystawowym, za firaneczką stały sobie tace świeżych słodyczy. Najapetyczniej wyglądały ledwie co upieczone pączki.

Już mamy ruszać dalej w dół Tamki, wpada mi do głowy pomysł na zabawę; proponuję obu kolegom zakład. - Na odcinku pięćdziesięciu kroków spaceru żaden nie da rady zjeść całego  pączka, powiadam.

Ambitny jak zawsze Gienio zaperzył się. – Co?! ja nie potrafię? zjem!

Zakładam się, że nie dasz rady – powtórzyłem.

Przystąpiliśmy do zbadania, kto ma rację. Zakład przecina Rysio. Sędziujący będzie liczył kroki.

Cofnęliśmy się ku drzwiom cukierni. Kupuję trzy pączki. Gienio przystępuje do realizacji zakładu. Rusza i w połowie dystansu jego oczy zaczynają się wyokrąglać. Już wie, że przegrywa, ale jeszcze nie chce uznać porażki. Rysio, choć inżynier, to jednak i on nie mógł pojąć dlaczego na przewidzianym odcinku ubyło tylko pół pączka.

 

Może warto przywołać mały epizod tego okresu; starania o stanowisko redaktora naczelnego „WW” podjęte przez inż. Jana Kuronia, ojca Jacka. Czytelniku, zdaj sobie sprawę z kontekstu; pod koniec lat sześćdziesiątych nazwisko stało się głośne za sprawą tzw. Listu Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Ośmielili się skrytykować PZPR. Chociaż zaproponowali tylko zmianę kursu do tego samego celu komunistów, partia uznała ich za wrogów ustroju. Potępieni byli wszyscy z tego specyficznego kręgu lewicy. Sam pan Jan nie był chyba zaangażowany w żadną działalność polityczną. Wtedy współpracował z redakcją „Służby Zdrowia”, kierowaną przez apodyktyczną panią Cześninową, kobietę gorliwie partyjną, więc ojcu dysydenta szczególnie nieprzyjazną. W jej redakcji nie miał przyszłości. No i tak Kuroń-junior siedział w kryminałach a senior zaczął chodzić po Warszawie poszukując zarobku z dala od Cześninowej. Z panem Janem rozmawialiśmy tylko raz, gdy zajrzał do redakcji. Średniego wzrostu, bardzo kulturalny, spokojny człowiek. Onieśmielony swoją sytuacją. Dyrekcja nie podjęła jego oferty.

 

Moja praca w „WW” trwała nie całe trzy lata. W 1970 roku dyrektor WCT NOT Tadeusz Książek zaproponował mi inne zadania redakcyjne. Zostałem redaktorem naczelnym czasopisma „Temat – wynalazczość i racjonalizacja”. 

 

Niedługo po podjęciu tej funkcji zdarzyło się jeszcze coś dla mnie ciekawego. Otrzymałem zaskakującą ofertę. Jednak wszystko od początku do końca dość niejasne. - Tło tego zdarzenia potrafię jako tako ocenić dopiero po kilkudziesięciu latach.

 

Cukier puder

 

Podczas pracy w WCT NOT przypomniała sobie o mnie bezpieka. Poproszono do siedziby w znanym warszawskim Pałacu Mostowskich.

 

Dokładnej daty nie umiem odtworzyć, jakieś zapiski w kalendarzu musiałem stracić w czasie kolejnej przeprowadzki. Wydaje się, że było to wiosną albo wczesnym latem1970. Co ciekawe, daty ani żadnego innego śladu tego zainteresowania bezpieki nie ma też w dokumentach otrzymanych z IPN[10]/.

 

Po wstępnych ceregielach urzędowych dostałem propozycję. Chodziło o jakąś formę współpracy z tajnymi służbami, ani chybi podległymi resortowi spraw wewnętrznych.

 

- Zacznę od elementu zaskoczenia przez jakiś organ bezpieki. Wyglądało to tak. W sprawach redakcyjnych jak często, wybrałem się z lokalu redakcyjnego na ul.Brazylijskiej do dyrekcji WCT NOT na ul.Czackiego. Tam szefowa komórki kadr i spraw socjalnych Wydawnictwa p. Józefa Piórczyńska pod jakimś pozorem („momencik, mam tu pisemko dla pana”) zawiodła mnie do swego pokoju by dość dyskretnie wręczyć druczek formatu A6, czyli pocztówkowego. Na druczku wyczytałem, że następnego dnia mam się stawić w Komendzie Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Przyczyny wezwania nie podano. Zwykle pisali wtedy „w celu złożenia wyjaśnień” i nic więcej. Tu nawet tej informacji zabrakło. Piórczyńska też chyba nie znała, a jeśli wiedziała to musiała udawać, że o celu wezwania nie ma pojęcia. Wtedy mogłem przypuszczać, że mogło mieć coś wspólnego z badaniem nastrojów społecznych wciąż niestabilnych po Wydarzeniach Marcowych 1968. Przez dziesiątki miesięcy po Marcu przeczesywano wszystkie środowiska starając się zidentyfikować w nich i wyeliminować zbyt rozbudowane wpływy osób o żydowskim pochodzeniu[11]/.

 

Słoneczny, ciepły dzień. Wkraczam do bramy Pałacu Mostowskich.  To wielka budowla. Wtedy jeszcze w odległości paruset metrów od niej stał sobie pomnik czekisty Feliksa Dzierżyńskiego. – Dzisiaj już go nie ma. Został zburzony i zastąpiony pomnikiem osoby godnej: wieszcza Juliusza Słowackiego.

 

Niech nikogo nie zmyli określenie ”zaproszony do pałacu”.  Żadna zaszczytna okazja. Warszawiacy wiedzieli, że ten obiekt lepiej było omijać z daleka. Mieścił wojewódzkie struktury Milicji Obywatelskiej i równocześnie – jak się później zorientowałem – był siedzibą (ew. udzielał lokalu) warszawskiej filii tajnych służb.

 

Po zgłoszeniu się w dyżurce Komendy dostaję przewodnika. Ten doprowadza mnie przez obszerny dziedziniec w stronę lewą patrząc od bramy. Mam wejść do wskazanego pomieszczenia marnie wyposażonego w parę krzeseł, jakieś biurko i szafę, robiącego dość niemiłe wrażenie. To pamiętam dobrze: meble sfatygowane, podłoga wytarta, ściany dawno nieodnawiane. Obecny w pokoju jeden gość w wieku zbliżonym do mojego, ubrany po cywilnemu. Od razu widać, że będzie się starał zrobić na wezwanym miłe wrażenie. Oficer[12]/ przedstawia się grzecznie. Podaje nazwisko Barowicz, najprawdopodobniej fikcyjne. Krótka autoprezentacja nie objawia żadnych konkretów co do jego funkcji. Nadal też nie wiem czego on może chcieć[13]/.

 

Usiedliśmy, zaczął ze mną rozmawiać zadając pytania różne. Bardzo uprzejmym tonem. Każdy Polak wie, że zetknięcia z tą władzą bywają groźne. Zachowanie Barowicza temu zaprzecza, nie atakuje, nie jest wścibski. W duchu mówię do siebie: chyba nie będzie mi nic zarzucał. Inaczej by nawijał. I dalej, niby o wszystkim i o niczym. Jak mi się wydaje, zachowałem ostrożność; kręciło się to wokół tematów znanych z gazet, żadnego wątku dzisiaj nie pamiętam. Nie trudno jednak dopisać, że musiały dotyczyć polityki ”wiodącej siły narodu” oraz moich zapatrywań. Jeśli sytuacji w Wydawnictwie, to na wysokim poziomie ogólności. Pilnuję swego języka.  Po pół godzinie takiej gadki-szmatki, ów gość oświadcza, że na dzisiaj dziękuje. Wszystko (jeszcze nie wiem co to jest „wszystko”) mam zachować w sekrecie. Koło południa byłem już z powrotem w redakcji. Sam w wydawnictwie nikomu o wezwaniu nie mówię, szczęśliwie, nikt też o nic nie pytał.

 

Miałem nadzieję, że z Pałacem Mostowskich już koniec. Ale nie. - Było jeszcze jedno spotkanie z owym gościem. Drugie i ostatnie. - W kilka dni po pierwszym znowu dostaję od pani Piórczyńskiej podobną szarą karteczkę formatu A6. Znowu nie podają celu wezwania. Kiedy o określonej godzinie zgłaszam się do dyżurnego w bramie Pałacu Mostowskich, jak poprzednio oddałem ów druczek. Ale tym razem nie prowadzą już do wnętrza gmachu. Mam poczekać obok strażnika. Ten o moim przybyciu powiadamia Barowicza telefonicznie.  Oficer pojawił się wkrótce i powiada: - Zapraszam do kawiarni. OK, niech będzie w kawiarni. Ten gość miał gest - można by pomyśleć.

 

Szybko okazało się, że kawiarnia to „A-Z”. Z bramy Komendy bardzo blisko. Lokal ten w Warszawie niczym specjalnym się, poza wielkością zajmowanej powierzchni, nie wyróżniał. Typowa kawiarenka w stylu MDM, socrealistyczna w wystroju, z nader skromną ofertą. Istnieje do dzisiaj.  Po latach myślę, że był to lokal wyspecjalizowany w tworzeniu warunków do spotkań tajniackich. Bardzo mało gości, stoliki oddalone od siebie i… bardzo czysto. Usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku gdzieś na końcu sali, od strony obecnej Alei Solidarności (wtedy ul.gen.Świerczewskiego) i wspomnianego pomnika Dzierżyńskiego. Barowicz obstalował u kelnerki po kawie i ciasteczku z góry ogłaszając, że na swój rachunek.

 

- Rozmowa rozpoczęta, treść drugiej pamiętam nieco lepiej niż pierwszej. Gadamy. Robi się ciekawiej. Barowicz chce dokładniej poznać moje myśli, ja nie chcę chlapnąć jakiegoś głupstwa. Jak miałeś wtedy do czynienia z bezpieką, to lepiej się kontrolować, nie powiedzieć czegoś, czego później  można gorzko żałować gdyby coś źle poszło. A jak pójdzie, kto wie co cię spotka? - Moja sytuacja była o tyle dobra, że w marcu 1968 w towarzystwie Jana Guzery (redaktora „Przemysłu Drzewnego”) byłem na Krakowskim Przedmieściu.  Na własne oczy widzieliśmy rozpędzanie demonstracji pod Uniwersytetem Warszawskim. Można było zobaczyć akcję dowództwa mundurowych, tupanie oddziału zomowców w asfalt i bieganinę zaprogramowanego „aktywu robotniczego”. Barowicz nie ciągnął za język bo zapewne nie identyfikowano tłumu gapiów zgromadzonych na chodnikach. Korzyść najważniejsza;  nie musiałem ryzykować wdawania się w jakieś opinie o konkretnych osobach, na przykład ludziach z Wydawnictwa. 

 

Wtedy nie mogłem przewidzieć do czego ten oficer prowadzi. Dzisiaj to wydaje się oczywiste, Barowicz miał prosty plan działania. Pogadać tak, ale  nie tylko o to szło. Ani chybi miał już za sobą konsultacje u swoich szefów po pierwszej rozmowie. Za chwilę miałem się przekonać, że istotnie; gada o wszystkim, ale spieszy by przystąpić do pozyskiwania nowego współpracownika SB. Padło na mnie więc mam te procedury jak na dłoni. Stres utrwala wspomnienia na zawsze. Barowicz też gra o wysoką stawkę. Radio Wolna Europa przestrzegało: gdy agentowi taki werbunek się uda, wiele zyskuje w oczach zwierzchników.  Nic nowego montowaniu agentur. A ty w roli zwierzyny łownej.

 

Zastanawiające, jak misternie Służba Bezpieczeństwa owijała pajęczynę wobec osób wytypowanych do werbunku. Ukazywała oficera w roli anioła stróża. W wydaniu Barowicza zakończyło się dość  zabawnie. Najlepiej zilustruje to banalna, ale nieco niespodziewana sytuacja przy stoliku w „A-Z”. Podczas tego spotkania, nieco niezdarnie nabierając ciasteczko sztućcem, upuściłem jakiś okruch na spodnie. Na kolano poleciało sobie trochę cukru pudru. Widząc to Barowicz błyskawicznie pochylił się w moją stronę i usłużnie strzepał  ten cukier.

 

- Nadmiar grzeczności często nie popłaca. O ile dotychczas wszystko co mówił Barowicz traktowałem z lekkim cykorem, to teraz przestałem czuć obawę, zachowanie tego gościa zaczęło mnie śmieszyć. W ocenie drobnego fakciku z udziałem cukru pudru i Barowicza można pójść dalej. Otóż przed rozmową z namierzonym facetem oficer Barowicz niechybnie, jak aktor uczył się roli. Przeszedł instruktaż. Uzupełnił go swoiście rozumianymi dobrymi manierami. Jego własnego pomysłu.

 

No więc cukier z kolana otrzepany. Barowicz zaczyna finalizować rozmowę. Słusznie ocenił, że czas ma cenę. Pyta, czy zgodziłbym się na współpracę z Milicją Obywatelską, ergo - z bezpieką. Na tak całkiem wprost postawione pytanie nadal nie byłem dobrze przygotowany. Od dawna wiedziałem, że w ustroju totalitarnym, „nie” mogło się dla werbowanego bardzo źle skończyć. W formułowaniu odpowiedzi pomogła intuicja. Jak bowiem czasami się w życiu zdarzało, tak i w tym wyjątkowo trudnym momencie, usta same wypowiedziały mądre słowa. Orzekłem: robię tylko to, co powinien robić zwykły obywatel. W żadne inne formy współpracy się nie angażowałem i nie zaangażuję.

 

Na dźwięk mego „nie” Barowicz zesztywniał. Potraktował jak ripostę od jakiegoś „wroga klasowego”. Najpierw chciał mnie zabić wzrokiem. - Trzeba było zobaczyć ten błysk w oczach oficera. Dwa zimne sztylety. Nienawiść. Jakieś rozszerzenie źrenic czy stężały mięsień twarzy, reakcja natychmiast stłumiona, zimna. Przed chwilą pełen nadziei na złowienie mnie. Ledwie co troskliwie strzepywał cukier puder. Teraz kompletna porażka.

Można go zrozumieć. Zafundował ciasteczko a dostaje kosza. Taka odpowiedź oznaczała nie tylko odmowę współpracy, czyli zmarnowanie czasu werbującego. Może boleśniejsza dla niego była perspektywa jutrzejszej rozmowy ze zwierzchnikiem: Barowicz, wyście chybili w rozpoznaniu cech „kandydata”.

 

Barowicz, nie był baranem, powinien się spodziewać odmowy. Ale przecież nie on sam, lecz jeszcze paru innych typowało „kandydata”. Ci ktosie naszkicowali polecenie werbunku. Podjęto próbę. Oni wypuścili oficera nam mnie. Na drogę wręczyli mu mój życiorys i może jeszcze coś więcej, chyba wiedział o karcie wojskowej ojca, o wychowaniu odebranym przeze mnie w rodzinie,.

 

Tak  czy inaczej, po odmowie, Barowicz w głębi ducha mógł się wściekać ale wobec obserwatora nie wolno zawodu okazać. Na zewnątrz gwałtowne uczucie stłumił. Jakieś mięśnie wokół oczu najpierw obkurczyły się a potem rozluźniły. Nawet nie próbował nakłaniać do zmiany postanowienia. Spotkanie zostało zakończone w chłodnym nastroju. O żadnych następnych nie było mowy. Myślę, że wszystko to razem, jego, agenta mocno zniechęcało do kontynuacji wysiłków. I fajnie.

 

W dość zagadkowy sposób, tylko raz jeszcze się ten Barowicz do mnie odezwał. Jakieś parę miesięcy później, chyba w sierpniu, zatelefonował przesyłając dziwne „pozdrowienie” niby bez żadnej okazji. Zastanawiałem się, co to miało znaczyć, co znowu chce. Obywatel PRL przypomina sobie co ostatnio robił. Wyszło na to, że „pozdrowienie” mogło mieć coś wspólnego z podjętą poprzedniego dnia moją wizytą w bibliotece ambasady USA. Wybrałem się tam bowiem z własnej inicjatywy, nikogo nie uprzedzając, w interesie redagowanego czasopisma. Chciałem zbadać możliwość ewentualnego pozyskiwania  gratisów amerykańskiego „New Scientista” i „Popular Mechanics”. Dzisiaj wszystkie ich artykuły czytasz w internecie. W tamtych latach i w warunkach zawyżonej wartości obcych walut, naszej redakcji nie było stać na prenumeratę opłacaną w dolarach. A więc liczyłem na darmochę od Wuja Sama. W ambasadzie zapytałem, nic nie załatwiłem, wracam do redakcji. Dopada mnie telefon od Barowicza. Może chciał mi dać znać, że jestem obserwowany i wie o mnie więcej niż bym przypuszczał?  Wtedy odczytałem jako sygnał:  do ambasady USA lepiej nie wchodź. Biedny ten oficer, znowu źle trafił, wobec zakazów jestem grzesznikiem zawziętym, recydywistą. Poszedłbym powtórnie. Inna rzecz, nabieramy pewności, że odwiedzający ambasadę USA naraża się bezpiece. Powiesz: żadne wielkie odkrycie! – po cichu o tym się przecież mówiło. Mnie interesuje jeszcze coś;  jak oni to robią? Przypuszczam, że delikwenci byli fotografowani a następnie identyfikowani.

 

A więc zdarzały się odmowy współpracy

 

O tamtych dwóch spotkaniach osobistych z Barowiczem i o propozycji werbunkowej JWF długo nikomu nie wspominał. Swoje domysły i opis przygód z cukrem pudrem przekazał synom po latach, gdy osiągnęli dorosłość. Wydawało mu się, że zapamiętali.

 

W publicystyce tematyka agentów służby bezpieczeństwa nie raz wracała i będzie powracać. Jakiś czas temu, i ja powróciłem do tematu, ale już całkiem głośno. W 2007 roku wysłałem krótki listel do „Radia Maryja”, które akurat prowadziło przy mikrofonie dyskusję o lustracji środowiska dziennikarskiego. W studiu toruńskim „Rozmowy niedokończone” wiedli goście księdza redaktora – o ile dobrze pamiętam -  Krzysztof Wyszkowski i Wojciech Reszczyński.  Wojtek eksponował szczególnie uciążliwą dla naszego środowiska omnipotencję infiltracyjną Służby Bezpieczeństwa. Pisząc swojego listelka  zwróciłem uwagę obecnych w studio i słuchaczy na szczególny aspekt sprawy. Dziennikarze nie musieli się wiązać z bezpieką. Dziennikarz mógł agentowi odmówić. Nawet skierowana do niego wyraźna oferta werbunkowa nie musiała zostać przyjęta. Dając własny przykład stwierdziłem, że ryzyko związane z odmową nie było znowu aż tak wielkie. Bo – popatrzmy na to wszystko po latach -  w końcu, może po odmowie nie dostałem się do źródełka dóbr materialnych, nie awansowałem tak szybko jak niektórzy zwerbowani dziennikarze, nie nagromadziłem wielkiej mamony, ale jakoś sobie jednak w życiu poradziłem. Posłałem ten e-mail około osiemnastej. Nadal słucham i – jakież moje zdziwienie – po wznowieniu „Rozmów niedokończonych”, w odbiorniku usłyszałem głos ojca redaktora, który cały tekst włącznie z imieniem i nazwiskiem autora odczytał! Doświadczenie z Barowiczem poszło w świat.

 

Refleksja ponadczasowa; po 1990 roku wielu utrzymywało, że współpracowali bo ich zmuszono. Nie wierz im! Zaświadczam, że odmowa była możliwa. Myślę, że na niej, zwłaszcza ty dziennikarz, więcej zyskujesz niż tracisz. Obronisz niezależność, której brak niszczy nasz zawód, odsuwasz tajność i niejasne wpływy. Trudniej wymusić na tobie posłuszeństwo w przypadku jakichś kaprysów zbyt rozzuchwalonej władzy. Przynajmniej tak być powinno. Praktyka jest, jaka jest. Jak ulał pasuje maksyma: „za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo”.

 

Wstrząs mózgu

 

Po sędziwym J.W. Czarnowskim funkcję dyrektora WCT NOT piastował wspomniany Tadeusz Książek. Taki uśmiechnięty pikwik. W odróżnieniu od poprzednika, wydawcą nigdy wcześniej nie był. Był natomiast człowiekiem aparatu partyjnego, dawniej - sekretarzem powiatowej organizacji PZPR gdzieś na Dolnym Śląsku. Przyniesiony nam w teczce czyli z biura kadr Komitetu Centralnego. Jak się okazało, nowy szef Tadeusz Książek, choć „wydawca z woli partii”  cechował się jedną bezcenną zaletą: rozumiał zasadę unikania zbędnych ingerencji w działanie dobrze funkcjonującej maszynerii wydawniczej. Zwłaszcza na początku urzędowania nie przeszkadzał nam w pracy. Sielanka krótko trwała. W połowie lat siedemdziesiątych, gdy coraz trudniej było zdobyć dla firmy sprawną drukarnię czy papier na czasopisma, szybko okazało się, że mimo swego umocowania politycznego jest „za krótki”. Wydawca prasowy bez papieru więdnie, traci autorytet.

 

Dyrektor Książek dał się lubić. Pasował do całego systemu u schyłku PRL. Nabył wręcz znakomitych, w rozumieniu tamtego czasu, manier działacza partyjnego. Człowiek przystępny, swój chłop, gawędziarz lubiący rozbudowane dygresje i anegdoty. Te maniery wyrobił sobie na Dolnym Śląsku a później – podczas zasiedlania gmachu KC PZRP przez ekipę „katowickiego pociągu” wiozącego zaufanych Edwarda Gierka.

 

Któregoś dnia w gronie kilku redaktorów siedzimy w gabinecie dyrektora wezwani na naradę roboczą. W pewnej chwili dzwonek telefonu, musimy przerwać dyskusję. Sekretarka łączyła kogoś w pilnej sprawie. Książek słucha co mu ten ktoś nawija, aż wreszcie tak odzywa się do rozmówcy całkiem serio:

- „Panie, to nie jest rozmowa na telefon. Zadzwoń pan do mnie w poniedziałek”. -

Genialne!

 

W tym samym gabinecie rozegrało się, pamiętam, jeszcze jedno fajne, choć raczej niefortunne zdarzenie. Przebieg znam z opowieści jednego z uczestników. - Dyrektor Książek przyjmuje w jakiejś sprawie dwóch podwładnych. Pierwszy z nich to Wojciech Świderski, kierownik Działu Zagranicznego WCT NOT. Drugi - Jan Pyrak, konserwator, pracownik techniczny od wszystkiego. Pyrak to - oprócz sprzątaczek - jedyny przedstawiciel klasy robotniczej w wydawnictwie, do gabinetu dyrektora wstęp w każdej chwili. Świderski, kawaler, bawidamek  w wymuskanym garniturze, szczupły, elegancja w każdym szczególe. Pyrak, ojciec siedmiorga potomstwa – paraduje w wytartym szarym fartuchu raczej niedopranym i niezbyt dokładnie dopiętym na brzuchu, facet na uśmiechu. Atmosfera swobodna, chociaż rzecz dzieje się z poszanowaniem dla osoby dyrektora i miejsca. Uczestnicy zdarzenia - każdy typ inny, a jednak pasują do siebie jak to czasem z przeciwieństwami. Wspólna cecha: wszystkich trzech panów można określić jako ludzi z poczuciem humoru aczkolwiek nieco niefrasobliwych.

 

Sytuacja w gabinecie ułożyła się tak: Książek siedzi w dyrektorskim fotelu, obaj pozostali stoją tuż przed biurkiem zwróceni do szefa. Coś tam omawiają. W pewnej chwili nieostrożny gest dyrektora i z frontu dyrektorskiego biurka zsunęła się kartka papieru. Obydwaj uprzejmi goście Książka jednocześnie pochylają się, aby ją podnieść. Głowa w głowę. Zadudniło. Panowie Świderski i Pyrak, każdy na swój sposób, tak bardzo chcieli kartkę złapać, że z nadmiernej gorliwości, w dynamicznym skłonie zderzyli się czołami. Skutek łatwo przewidzieć. Nogi się pod oboma ugięły. Osunęli się, już siedzą przed biurkiem. Półprzytomni. Każdy obmacuje swoją czaszkę. Książek przerażony chcie wołać pogotowie ratunkowe. Poszkodowani jakoś się jednak pozbierali, podnieśli z dywanika i o własnych siłach udali do najbliższego ambulatorium.

 

Przez kilka dni potem na korytarzach wydawnictwa widywaliśmy Świderskiego z obandażowaną głową. Pyrak natomiast chodził bez bandaża. Był jak zawsze grzeczny i  uśmiechnięty. „Jednak, co robotniczy łeb, to nie inteligencki” - komentowano.

 

Dyrekcja przebudowuje prasę techniczną

 

W 1970 roku dyr.Tadeusz Książek obdarzył mnie wielkim zaszczytem.  Z jego woli na całe dwanaście lat powierzona mi została funkcja etatowego redaktora naczelnego miesięcznika „Wynalazczość i Racjonalizacja”.  Miesięcznik ten miał wtedy nakład – jeśli dobrze pamiętam - 25 tys. egzemplarzy. Zająłem to miejsce po red. Bogdanie Zanie, nieetatowym redaktorze naczelnym, szanowanym pracowniku Komisji Planowania Gospodarczego, lubianym w zespole redakcyjnym.  Czy mogłem mu dorównać kompetencją w problematyce wynalazczości? Oczywiście, nie. Obejmując stanowisko oferowałem natomiast przyciągnięcie nowych czytelników przez wprowadzenie takich form, które mogły ułatwić obcowanie z trudną problematyką na styku techniki z prawem. I tak się stało. Szybko unowocześniam szatę graficzną miesięcznika, przechodzimy na częstotliwość dwutygodniową, uzgadniamy nowe zasady współpracy z autorami, adiustacja redakcyjna eliminuje z tekstów nadmiar prawniczego żargonu. Eliminujemy z łamów wielostronicowe artykuły. Na ich publikację zaczynam szykować inne miejsce. Utworzę kwartalnik „Zeszyty Problemowe Wynalazczości”. 

 

Nie zapominaj, że rok 1970 rozpoczyna nową fazę w historii PRL. Lata gierkowskiego otwarcia na współpracę gospodarczą z wieloma przodującymi koncernami zachodnimi. Polityka państwa obliczona była na usprawnienie gospodarki socjalistycznej poprzez pobudzenie kreatywności kadr technicznych.

 

Prawie uwierzyłem w te deklaracje. Było mi z nimi po drodze. Wszystko co dotychczas robiłem obliczone było na zachowanie potencjału rodaków przez izolowanie ich od chybionych pomysłów władzy. I teraz nareszcie dobry pomysł: zaczniemy rozwijać rodzimą twórczość techniczną. Przydatne bez względu na to czy rządzą na moskiewską modłę, czy obowiązywałby jakiś racjonalniejszy system polityczno-gospodarczy. Wkrótce się zresztą okazało, jak bardzo ten  szczytny zamiar wobec kadry technicznej sama sobie „przewodnia siła narodu” uniemożliwiła, ale nie uprzedzajmy faktów.

 

W chwili mojego mianowania na naczelnego zespół redakcyjny stanowiło dwanaście osób. Poza W.Perytem, M. Surewiczem i St. Wnorowskim nikt z pozostałych chyba nie pracował przedtem w prasie codziennej. Zespół bez większych uwag poparł przedstawioną koncepcję zmian zwłaszcza co do zwiększenia częstotliwości dotychczasowego miesięcznika, skupienia najbardziej autorytatywnych doradców oraz pogłębienia współpracy z korespondentami terenowymi[14]/. Jak widać, redaktorowi etatowi też dostrzegali szansę skuteczniejszego docierania z treściami w wyniku nadania pismu charakteru bardziej dynamicznego.

 

Swoje koncepcje realizowałem stopniowo. Najpierw w formie zeszytowej z niewielkimi korektami merytorycznymi treści.  Potem zdecydowałem się na format gazetowy co było w prasie technicznej nowością, gdyby nie liczyć eksperymentu z poprzedniego czasopisma „Wiadomości Warsztatowe”. Oczywiście, dalsze zmiany miały na celu inną ofertę czytelniczą. Chciałem, odciążyć pismo, to znaczy zamieszczać na łamach teksty pisane językiem przystępnym, mniej „akademickie”. Równocześnie – założyłem, że redakcja „Tematu – wynalazczości i racjonalizacji” nadal będzie skupiać ekspertów i działaczy, że nie straci grona cennych współpracowników.

 

Postanowiliśmy: artykuły publicystyczne nie będą przeważać. Na naszych łamach będą się ukazywać liczniejsze reportaże z fabryk i pracowni badawczo-projektowych. Wprowadzimy doroczne notowania rodzimych, najbardziej wartościowych wynalazków. Korespondenci będą mieli okazję wyjścia z tekstami na pierwsze strony. Zaczynamy popularyzować na równi - twórców krajowych i zagranicznych.

Doszło do tego kilka pomysłów dotyczących unowocześnienia szaty graficznej. Prasoznawca będzie dzisiaj zaskoczony informacją, że to my pierwsi w Polsce, Redakcja „Tematu”  wprowadziliśmy pas podwinietowy, czyli rząd powitalnych ramek z zapowiedziami tekstów. Rzucając okiem na czołowkę, nabywca kioskowy miał zobaczyć co tam w środku numeru. O ile pamiętam, następnym pismem w Polsce, które te ramki powitalne wprowadził kilka lat po nas, był tygodnik „Literatura”. 

 

- Jakoś nie pomyślałem o tym, żeby zastrzec w Urzędzie Patentowym odpowiedni wzór użytkowy. Nie wykluczone, że uzyskalibyśmy stosowne świadectwo. W pierwszym dniu po objęciu funkcji naczelnego zapowiedziałem też zmianę tytułu na „Temat – wynalazczość i racjonalizacja”. Obok „Tematu” widniał ideogram: profil głowy z turbinką.  Wszystko namalował nieoceniony Witold Michalski, stary znajomy z redakcji „Mechanika”.  Dodany wyraz „Temat” zastępujący starą nazwę stwarzał szanse zgrabniejszego graficznego rozwiązania pierwszej strony. Na marginesie dodam, że oczywiście, nawet korekta szaty redakcyjnej musiała zostać przeprowadzona formalnie przez czujny Urząd Kontroli Prasy, Radia i TV na warszawskiej ulicy Mysiej.

 

Tuzy redakcyjne

 

Podstawowy cel nowego redaktora to zbudowanie zespołu ludzi mogących coś mądrego powiedzieć czytelnikom i inspirować kręgi odpowiedzialne za opiekę nad wynalazcami. To zadanie mogli spełnić współpracownicy, najwyższej klasy specjaliści z kręgów naukowych oraz starzy wyjadacze – praktycy zajmujący się fabrycznymi ogniwami ruchu wynalazczego (KTiR). Część tego wojska skupionego wokół miesięcznika „WiR” zastałem po szanownym poprzedniku. Stanowiska kolejnych ryczałtowych redaktorów działów powierzyłem nowo pozyskanym Andrzejowi Szajkowskiemu i Tadeuszowi Szymankowi.  Szajkowski wybitnie zdolny i pracowity. W omawianym okresie był naczelnikiem w Urzędzie Patentowym. Po paru latach został naukowcem, obronił pracę doktorską i napisał habilitację. Uzyskał profesurę, kierował Instytutem Państwa i Prawa PAN. Później wraz z prof. Stanisławem Sołtysińskim[15]/ współtworzył ustawę Prawo spółek. – Dorobku Andrzeja nie jestem w stanie omówić w tym miejscu, tak jest obszerny. Tadeusz Szymanek[16]/ piastował w tym czasie funkcję sędziego Sądu Najwyższego – Izby Pracy.

 

Do „Tematu”  pisali tak znakomici autorzy – profesorowie jak Stanisław Staszków i Andrzej Szewc z Uniwersytetu Śląskiego, Andrzej Kopf i Janusz Szwaja[17]/ z Krakowa. Wszyscy byli prawnikami, ale także aktywnymi uczestnikami ruchu wynalazczości pracowniczej. Z nie prawników do grona najcenniejszych współpracowników zaliczał się chirurg z Poznania, dr Krzysztof Tuszyński autor znakomitej metody obliczania efektów ekonomicznych przynoszonych przez projekty wynalazcze z zakresu BHP. 

 

- Przepraszam, nie wymienionych z nazwiska, kilkunastu młodziutkich wtedy naukowców, dzisiaj też są to już sławy profesorskie w dziedzinie ochrony własności intelektualnej. Ich drukowane u nas teksty miały niebagatelny ciężar gatunkowy, często liczyły się w dorobku naukowym. Polska mogła się szczycić znakomitym oprzyrządowaniem prawnym wynalazczości. Nie długo czekać a sprawnie doszlusowaliśmy do rozwiązań międzynarodowych takich jak na przykład patent europejski.

 

Co roku fetowaliśmy grono kilkudziesięciu korespondentów terenowych „WiR”. To byli znawcy realiów w fabrykach i placówkach badawczo-projektowych. Wprawdzie skupili się już wokół  pisma wcześniej, za czasów B.Zana, ale po zmianach w redakcji możliwe stało się zwiększenie ich udziału w redagowaniu. Wielka w tym zasługa  red. Stanisława Wnorowskiego i red. Stanisława Ruduchy. Nowe pismo, z atrakcyjniej niż dotychczas podawanymi treściami i w nowej szacie graficznej ruszyło z kopyta.

 

Co nie bez znaczenia, Redakcja utrzymuje dobre kontakty z prezesem Urzędu Patentowego dr.Jackiem Szomańskim. Po objęciu przez niego w 1970 roku funkcji ruszyły prace Andrzeja Szajkowskiego i Piotra Lisieckiego nad projektem Ustawy o Wynalazczości. Została uchwalona w październiku 1972. „Temat” systematycznie informuje o procesie legislacyjnym.

 

Stowarzyszenie Wynalazców i Racjonalizatorów Polskich

 

W ukierunkowywaniu tematycznym redakcji szczególne znaczenie przywiązywałem do wspierania Stowarzyszenia Wynalazców. Jeszcze podczas uruchamiania „WW” współpracowaliśmy z byłym szybownikiem, niestrudzonym organizatorem i autorem wielu projektów racjonalizatorskich magistrem Władysławem Kółeczko[18]/ pracownikiem Huty Stalowa Wola przeniesionym służbowo do kadry Huty Warszawa. Łatwo go namówiłem na przewodniczącego Rady Programowej naszego pisma.

 

W gronie członków-założycieli z Kółeczką na czele dwukrotnie powoływaliśmy stowarzyszenie wynalazców przy czym pierwszą rejestrację zmiótł niesławnej pamięci stan wojenny. Wreszcie się udało. W latach siedemdziesiątych dziennikarskim trafem poznałem generała Kazimierza Leskiego, legendę ruchu oporu, a po wojnie, w 1956 roku założyciela szybko zdelegalizowanego Stowarzyszenia Wynalazców Polskich. Nie musiałem namawiać do nawiązania kontaktu z generałem. Na wniosek W.Kółeczko Krajowa Rada SPWiR powierzyła mu godność honorowego prezesa.

 

Nie tu miejsce na obszerniejsze wyjaśnienia więc tylko przyznajmy, że potrzebna odpowiedź na pytanie dlaczego rządy powojenne tak się naszych stowarzyszeń obawiały. Czy dwie delegalizacje to o dwie nie za dużo? Czasem ten lęk nabierał satyrycznego wymiaru. Zmalowałem kiedyś do druku stosowny rysuneczek. Pytanie zadawane było na łamach „Tematu”.

 

Utrzymywałem z prezesem  Kółeczką kontakty dość intensywne. Był głodny nowych pomysłów.  Wystarczyło rzucić hasło, wkrótce zamieniał je w czyn. Gdy zrelacjonowałem mu swoje podróże dziennikarskie na genewski Międzynarodowy Salon Wynalazków i do Wiednia na zjazd Austriackiego Stowarzyszenia Wynalazców bardzo szybko wprowadził do SPWiR udział w imprezach wystawienniczych za granicą.

 

Interweniował w przypadku nękania wynalazcy przez szkodników.  Arcymistrzowskie rozwiązanie zastosował broniąc inż. Stanisława Stefaniaka założyciela firmy Invex, producenta specyfików chemicznych np. wybłyszczaczy i kosmetyków. Kiedy twórcę opadła sfora lokalnych wrogów prezes wybrał się do prezydenta Kielc i oświadczył, że SPWIR występuje o order dla swego członka a zarazem jednego z najzdolniejszych Kielczan. Sfora odczepiła się dając Stefaniakowi  żyć. Patrzcie ludzie co może prezydent miasta; przestali już grozić wynalazcy zgwałceniem córki.

 

W SPWiR W.Kóleczki parokrotnie pełniłem funkcje w sądzie koleżeńskim, zredagowałem kilka wydawnictw w tym dwa wspomniane książkowe. Gdy mówimy o publikacjach, jest tam m.in. mój spory artykuł o dorobku rodziny Sendzimirów,  kilkakrotnie za zgodą, czasem bez zgody autora kopiowany lub powoływany na stronach internetowych, m.in. w Wikipedii, magazynie „Pionier”, portalu „Polakwszechczasów”. 

 

Gest inż. Skierskiego

 

Na okres „Tematu” przypadł kryzys mojego pierwszego małżeństwa. Sprawa przykra i to do kwadratu, nic dodać nic ująć. W sądzie wniosek o udzielenie rozwodu z Teresą. Sąd mitręży z wydaniem orzeczenia. Dwupokojowe mieszkanko przy ul.Czerniakowskiej musiałem opuścić. Syn Piotr liczył wtedy niecałe cztery lata. Z domu odprowadzało się go do przedszkola a później do podstawówki. Niedaleko, jeden przystanek autobusowy. Z myślą o dobru synka zrzekłem się na matkę uprawnień – t]ak to się nazywało w spółdzielczości mieszkaniowej - głównego najemcy.

 

Po tym wszystkim w tzw. komisji mieszkaniowej NOT musiałem złożyć podanie o przydział jakiegoś locum. Zakłady pracy tym się zajmowały. Co roku przyznawano nowe albo z odzysku. Może mi się uda? Wynajmowanie u kogoś byłoby w tamtych latach rozwiązaniem wyjątkowo kosztownym.

 

Tam w NOT podanie nabiera „mocy urzędowej”. Nie miałem domu, ale rychło znalazło się niezłe, tymczasowe rozwiązanie problemu. Los mi – przynajmniej w tej sprawie - sprzyjał. Akuratnie wolnym M-2 na „Osiedlu Za Żelazną Bramą” dysponowali przyjaciele z kręgu Jadwiga i Jolanta Mossoczy oraz Witold Okulicz-Kozaryn. W tym czasie Witek się był rozwiódł a następnie ożenił ponownie, z Jolą Mossoczy, pracownicą działu informacji i promocji naszego wydawnictwa. Przeprowadził do niej do dużego mieszkania na Mokotowie. W tym też samym mniej więcej czasie rozwiódł się też sympatyczny kolega z Wydawnictwa Jacek Witkowski szef działu, o którym mowa i członek tej samej grupy przyjaciół. Znaliśmy swoją sytuację, w tym również kłopoty mieszkaniowe rozwodników. Z tego wszystkiego wyszło moje wspólne z Jackiem tymczasowe schronienie w Witkowym M-2.

 

Jacek o szukaniu drugiej żony nie myślał. Wybrałem inną drogę. Zacząłem się spotykać z koleżanką redakcyjną. Chciałem mieć nową rodzinę. Nic pilnego, ale warto spróbować unormować status. Powrotu nie ma. - W pierwszym mieszkaniu zapobiegliwie wymieniono zamki w drzwiach bez wręczenia kluczy właścicielowi. Za dużo tych komplikacji. Trudno nawet o  spotkania ojca z synem a czas płynie. Odwiedzam dzieciaka na wielkich przerwach w szkole. Na nowe bardziej sensowne rozwiązania przyjdzie poczekać. 

 

Trafił się Witkowy dach nad głową. Wprawdzie tylko na jakiś czas bo M-2 państwa Okuliczów miało zostać sprzedane. Ale teraz rządzimy w nim my z Jackiem. Fajnie się mieszkało, jednak… ile można. - W całej firmie nie było też tajemnicą, że jestem zaangażowany uczuciowo i planuję drugie małżeństwo, z Krystyną. O moich problemach wiedział też mgr inż. Zbigniew Skierski, sekretarz generalny NOT. On też przyszedł z gmachu KC PZPR. W środowisku dziennikarzy zyskał opinię działacza partyjnego, który poważnie traktuje NOT i Wydawnictwo. Nie miałem z nim wielu kontaktów. Tym większe zaskoczenie, gdy pewnego dnia w 1977 roku kazał poprosić mnie do swego gabinetu. Powiada: słyszałem o pańskiej sytuacji rodzinnej; mogę panu przydzielić zwolnione w Warszawie mieszkanie spółdzielcze na ul.Lotników 19.

 

- Jestem w gabinecie sekretarza generalnego, słyszę i uszom nie wierzę. Najpierw zaskoczony a zaraz potem bezgranicznie wdzięczny. Mówię do superszefa: ale – zastrzegam – nie zakończył się jeszcze proces rozwodowy. Mieszkanie na ul.Czerniakowskiej dopiero formalnie przekazywane byłej małżonce. To trochę potrwa. Dla wyjaśnienia, prawo nie przewidywało wtedy możliwości posiadania udziałów członkowskich w kilku spółdzielniach mieszkaniowych przez te samą osobę. Skierski zaproponował przydział, OK, każdy przyzna jednak, że nawet w tak radosnym momencie, wskazane grać czysto. - W rozmowie z wysokim zwierzchnikiem otwarcie stwierdziłem, że nie spełniam wszystkich warunków przyjęcia kolejnego mieszkania przydzielonego w tym trybie. Skierskiemu chyba podobała się taka mowa bez owijania w bawełnę.

 

- Natychmiast skorygował plan. Powiada: a zatem, może przyznamy to na nazwisko pańskiej nowej wybrance Krystynie, pracuje u nas, jest panną, też nie ma swojego mieszkania, więc przydział będzie na nią, niech tylko napisze odpowiednie podanie. Czy to załatwi pana sprawę? Oczywiście, tak – odpowiedziałem. Jadę na Saską Kępę aby zaskoczonej nowiną Krystynie podyktować treść podania. Następnego dnia trafiło do odpowiedniej komisji NOT na ul.Czackiego a co robić dalej - wiedziała administracja NOT. Wkrótce mogłem pozałatwiać sprawy w nowej spółdzielni mieszkaniowej i Krystyna, chociaż dopiero przyszła małżonka, została wprowadzona do przyznanego nam domu.

 

Tamten gest inż. Skierskiego podziwiam do dzisiaj. Skorzystał z posiadanych uprawnień sekretarza generalnego NOT. Postąpił jak przewidujący prezes dużej firmy. Działał życzliwie i zarazem bardzo konsekwentnie na rzecz JWF i podległego sobie wydawnictwa. Firma potrzebowała mnie do redagowania i z myślą o tym po raz drugi już dała szansę ułożenia sobie życia domowego. W tym nowym mieszkaniu wychowało się dwóch moich synów Roch i Lech. Wspaniałe dzieciaki. Obydwaj trafili na Al.Lotników wprost ze szpitala Bielańskiego, gdzie przyjście na świat nadzorował dr.Tadeusz Terajewicz[19]/.

 

Brakuje nawet papieru drukarskiego

 

Udało się rozkręcić „Temat – Wynalazczość i Racjonalizację”.  Innym spadają nakłady - my utrzymujemy 25-30 tysięcy. Wspomniany kwartalnik „Zeszyty Problemowe Tematu WiR” miał około 2500 egzemplarzy nakładu. Co dalej?

 

No i klops. Warunki działalności wydawnicze pogarszają się. Kto mógł przewidzieć, że przewodnia siła narodu aż tak rozreguluje gospodarkę. Słuchali Kremla nie respektując prymatu interesu swojej Ojczyzny. Mam ambicje rozwijania czasopism, a tu gasną nadzieje i możliwości.  Z racji wieku zaczyna mi się śpieszyć, wkroczyłem w okres najwyższych możliwości. A tu Polska ekonomia wchodzi w dołek.

 

Koniec lat siedemdziesiątych, finalizuje się dekada Edwarda Gierka szefa PZPR. Niedobrze! Spada produkcja przemysłowa. Po raz ostatni w najnowszej historii NOT organizacja włącza się w dyskusję o sposobach na uniknięcie katastrofy ekonomicznej państwa. W 1981 roku prezes NOT Aleksander Kopeć powie ważne słowa[20]/ o priorytecie przywrócenia produkcji wskazując, że jej dalszy spadek wpędzi nas w galopującą  inflację i skaże na koszmar czarnego rynku. Ten głos przestrogi zostaje przykryty wrzawą zwaśnionych stron, co ten komuch wygaduje – słychać od prawa a od lewa lekceważą go nawet w kręgach KC PZPR. Wbrew różnym uspokajającym enuncjacjom ministrów premiera E.Babiucha, potem J.Pińkowskiego i W.Jaruzelskiego, w kraju nie tylko nie zahamowano ale wręcz pogłębiają się tzw. niedobory rynkowe. Reglamentowano wiele dostaw. Brakowało nie tylko środków spożywczych, o czym się jeszcze czasem pamięta, ale także surowców czy półwyrobów. Szwankowało więc zaopatrzenie wydawców w papier drukarski. Kłopoty narastają aż do kulminacji kryzysu, która przypada na przełom 1981 i 1982 roku. Moja redakcja próbuje robić swoje. Prawnicy i służby wynalazczości nie rezygnują, utrzymuje się dopływ tekstów do redakcji, ale przeszkód technicznych nie ubywa.

 

Byle jaki nędzny stan w gospodarce, na przykład  chroniczny deficyt  papieru drukowego szkodzi branży  wystarczająco skutecznie, dość żeby zabieganemu wydawcy wywołać efekt podciętych ścięgien Achillesa. - Gdy my pracowicie próbujemy stawiać redakcję „Tematu” na wyższym poziomie merytorycznym, trudno nie zauważyć, że zaczyna się rozlatywać baza, słabnie cała branża wydawnicza. Patrząc z fotela naczelnego redaktora „Tematu” widzę, że władza nadal nie zamierza włączyć polskiego wynalazcy w próby pokonywania zjawisk kryzysowych. Jakoś nikt nie potrzebował nowatorów techniki, wzrostu konkurencyjności wyrobów itd. Czyli nic nowego: jak wszystkie powojenne rządy także ten, do wynalazców jak do jeża.

 

W przeddzień Kongresu Techników Polskich chcieliśmy na to zwrócić uwagę jakimś mocniejszym akcentem. Przygotowałem odpowiedni artykuł wstępny. Makietujemy numer. Przed rozpoczęciem druku trzeba dostać pieczątkę dopuszczenia. Cenzura (CUKPPiW) go zdejmuje. Niestety, wstrzymany tekst nie zachował się. Teraz mogę tylko reprodukować szczotkową odbitkę ilustracji, też zatrzymanej. Nawiązywała do płonnych niestety nadziei środowiska notowskiego na rozwiązanie ważnych spraw przez Edwarda Gierka oraz jego następców: Stanisława Kanię i Wojciecha Jaruzelskiego.  Co złego cenzorzy dostrzegli – nie wiem. Więc idę do CUKPPiW na ul.Mysią wykłócać się o przywrócenie prawa druku tego tekstu w gruncie rzeczy nieźle przemyślanego. Za biurkiem mocno czymś zatroskany towarzysz cenzor. Patrząc na odbitkę, mówi mi: „redaktorze, nie zrzucajmy wszystkiego na barki towarzysza Gierka”. Zapamiętałem jego słowa. Tyle było dyskusji z funkcjonariuszem CUKPPiW.

 

Stosunki synergiczne

 

Do ostatnich dni pracy w prasie technicznej, i generalnie zawsze, w każdej potem redakcji dzienników lubiłem wyjazdy w teren, po materiały do publikacji.  Często odwiedzałem fabryki. Tak wtedy jak i dzisiaj trzeba było uprzedzić. Nie mogłeś przyjechać i zacząć szwendać się po zakładzie. Uważałem za celowe każdą wizytę zapowiadać a następnie zaczynać od spotkania z jej dyrektorem, zazwyczaj naczelnym. Po czymś takim pojawiało się więcej szans na dotarcie do faktów, które mnie naprawdę interesowały. Prasa techniczna ma swoją specyfikę.  Interesują nas fakty dość dalekie od polityki. Nie zawsze oznacza to, że całkowicie pozbawione „myśli wywrotowych”. Dyrektorzy fabryk pilnują produkcji, ale w dni wizyt starają się być gościnnymi wobec redaktorów, zwłaszcza tych z Warszawy. Po ceremonii powitalnej szefostwo zakładu uspokojone neutralnym polityczne charakterem poszukiwań, nie stawiało dziennikarzowi przeszkód. Bywały też wyjątki tak zwane specjalne. Gdy fabryka wytwarzała jakąkolwiek produkcję dla wojska dziennikarza prowadzono szerokim łukiem omijając sekretny wydział. Ważne delegacje osób dopuszczonych przez kontrwywiad wchodzą, mnie zatrzymywano przed drzwiami.

 

Redaktor swoje przybycie anonsował zazwyczaj na kilka dni wcześniej. Dyrektorskie sekretariaty oczekiwały. Niekiedy po pojawieniu się dziennikarza szef firmy zmieniał swój rozkład zajęć, na przykład szybciej kończył narady. Wychodzi z gabinetu, wita i deklaruje daleko idącą pomoc w organizowaniu następnych zajęć przybysza. Dyrektorzy mieli już wtedy nosa; woleli lepiej z prasą nie zadzierać chociaż dla ówczesnych komuchów media to nie czwarta władza.  Roztropni, a nuż tego faceta nasłała jakaś wysoka instancja partyjna? Grzeczność wiele nie kosztuje. Dziennikarstwo też samo siebie inaczej traktowało. Zachowanie reporterów szczególnie prasy technicznej dowodziło, że szanują zasady rzetelnej pracy w swoim fachu. Zauważyłem to zarówno podczas wizyt indywidualnych jak też przyjazdów w gronie ekipy telewizyjnej czy radiowej.

 

Pierwsze pytanie zadawane w fabryce brzmiało: czy pan redaktor napije się porządnej kawy? Tu znowu wyjaśnienie dla młodszych; kawa porządna była towarem reglamentowanym. Zwykłą kawę ziarnistą rosyjskiej produkcji kupowałeś bez większego kłopotu. Po naparzeniu ruskiej, kwaśność musiałeś redukować dosypując szczyptą soli. Dyrektor oferował coś lepszego. - Przy filiżaneczce (raczej szklance) kawy dyrektor przekazywał te wiadomości, które jego zdaniem były najbliższe opracowywanemu tematowi.  Następnie ustalało się plan zwiedzania fabryki i rozmów z pracownikami – w moim przypadku najczęściej wynalazcami albo racjonalizatorami.

 

Przedstawiam obszerny spis uprzejmości. - Myliłbyś się przypisując mi chęć dosładzania losu starszego pokolenia redaktorów prasy technicznej.  Prosta odpowiedź: tak rozmawiali ze sobą ówcześni Polacy. Twój partner dyrektor był to wielki pan. Bardzo często zarządzał firmą dającą zatrudnienie rodzinom z całego miasta i okolic. Niektórzy szefowie kombinatów już wtedy (pamiętaj: są lata siedemdziesiąte) zaczęli posługiwać się służbowym sprzętem latającym - awionetką albo helikopterem. Dyrektor miał też „chody” czyli wpływy w ówczesnych środowiskach decydenckich. No i przyjeżdża redaktor.

 

Czy lokalny możnowładca lękał się dziennikarza? Nie, na pewno nie. Wspólnym mianownikiem, apriorycznym założeniem rozmów dziennikarza i gospodarza był cel: dobro publiczne, jakość polskiej technologii, szanse eksportowe. Myślę, że tego szczerze sobie obie strony życzyły. Czasem chodziło o dobro rozumiane dość płytko, ale jednak osiągane zespołowo. Wydobywane i eksponowane były elementy łączące, synergiczne. Ten obyczaj przywieziony przez Gierka z emigracji belgijskiej i z pracowitego Śląska wszystkich  Polaków jednoczył. A – pamiętaj - kryzys nadciąga.

 

Na reportaże często się wybierałem się. Szkoda, że nie ma porządnego archiwum publikowanych tekstów. Tematyka zróżnicowana. Poza własną redakcją zdarzały się publikacje w tygodnikach kioskowych. W „Argumentach” pokazałem np. konflikt dwóch inżynierów z tej samej firmy Kujawach, którzy się z jakichś bagatelnych przyczyn znienawidzili. Zaczęli wzajemnie utrącać swoje pomysły usprawnień. W „Polityce” wydrukowałem tekst o firmie wspierającej stosowanie postępu technicznego, wrocławskim „Posteorze”.

 

Gdy już przybyłem na miejsce reportażu, trzeba się było poddać procedurom; rozpoczęciu wizyty często towarzyszył obowiązek przebierania się. Na miejscu w zgodzie z wymogami BHP, zakładałem hełm ochronny, robotniczy kombinezon albo kitel laboranta. Trochę przypominało to atmosferę dawnych, wakacyjnych praktyk studenckich w małopolskich fabrykach włókienniczych i przemysłu metalowego. Zawsze zaczynaliśmy od przebieranek.

 

Jako redaktor „Tematu” trafiłem kiedyś do działającej na Dolnym Śląsku Kopalni Barytów w Stanisławowie k.Jawora. Pewnego razu zaprosili mnie tam Eugeniusz Bobrowski, Zygmunt Kleszcz i koledzy z Wojewódzkiego Klubu Techniki i Racjonalizacji w Legnicy. Kiedy przyszło zjechać kilkaset metrów w dół, trzeba było wdziać strój górnika. I tu prawdziwy pech, zrobiło się małe zamieszanie. Szukają kombinezonu na wzrost 188. W końcu  dostałem mocno pocerowany, przykrótki ale spełniający jakieś górnicze wymogi. Dawne czasy. Na marginesie, pół wieku temu należałem do nieco zbyt dużych wzrostem. Identycznie jak na zajęciach uczelnianego Studium Wojskowego też z trudem wyszukiwano dla mnie ubiór o odpowiednim numerze, w końcu ubrali w uniform z demobilu dawnej Służby Polsce.

 

- Takich nietypowych sytuacji było więcej. Innym razem przeprowadzono redaktora przez czeluści korytarza pod całą zaporą wodną na Angarze. Tam schodziło się zakładając wielki kaptur, jakby rybacki. Nieco zabawnie się w tym człowiek prezentuje. Albo, po latach, kiedy kończyłem karierę zawodową, będąc w St.Louis udawałem pilota na trenażerze  F-18 „Hornet”. Amerykanie luzacy, nie zmuszali do ubrania w kombinezon, więc za sterami siedziałem w koszulce. Jankesi rygorystycznie natomiast przestrzegają ochrony oczu. W swoich fabrykach domagali się, abym na zwykłe okulary optyczne zakładał ochronne. Wtedy nowy trend, dzisiaj norma.

 

Złe duchy wynalazczości

 

My dziennikarze nie napadaliśmy na wizytowanych. W przypadku wysłanników „Tematu” rozmowa podporządkowana była priorytetowi „jak najskuteczniej wspierać wynalazców”.  Czasem publikacja nabierała krytycznej ostrości. Interwencje były skuteczne. Kilka razy sam ujmowałem się za wynalazcami wyciągając ich z tarapatów. Tylko jeden przykład. - Dzięki publikacji w „Temacie” zdolny twórca inż. Zygmunt Kleszcz z Legnicy pokonał wrogi mu wrocławski Wojewódzki Klub Techniki i Racjonalizacji. Co za paradoks! Wynalazca walczy z kimś kto ma służyć pomocą. Inż.Kleszcz nie skorzystał z szczególnej „oferty” opieki szefa Klubu. Może ktoś z tego WKTiR liczył już na prezent w postaci udziału w wynagrodzeniu należnym twórcy? Tego nie udowodnisz. Wiadomo jednak, że Zygmunt nie przyjmuje oferty.  No to zaczynają mu rzucać kłody pod nogi. Za karę będą go ciągać po sądach pod jakimś wymyślonym pretekstem. Oczywiście, podając krnąbrnego inżyniera do sądu nie wspomnieli o forsie dla siebie. Wymyślili zarzut pobrania nienależnego wynagrodzenia za wynalazek.  Na sali rozpraw prawnik reprezentujący WKTiR kręcił. Próbował wykazać, że twórcy nic się nie należy ponieważ zastosowane w fabryce rozwiązanie nie nosi cech nowości technicznej.  Sąd po pierwszym posiedzeniu wyznaczył dość odległy termin ogłoszenia werdyktu. Zygmunt pisze do redakcji „Tematu”. W przerwie procesu dokładniej przyjrzałem się dokumentom i napisałem przedstawiając sprawę w najbliższym numerze. W artykule udało mi się klarownie wykazać pewne istotne, wprowadzone przez autora wynalazku elementy decydujące o nowości rozwiązań technicznych.  Wydrukowany egzemplarz gazety dołączono do akt sądowych. Zapewne sędzia przeczytał. Zapoznanie się z naszym tekstem pomogło mu wydać wyrok uwalniający twórcę od zarzutu.

 

Przebierańcy i marzyciele

 

W tamtych latach Polacy zawierzyli Gierkowi. Był to chyba ostatni już przypadek dania wiary niektórym hasłom „przewodniej siły narodu”. Ale w gospodarce psuło się. Obniżało się morale inteligencji technicznej. Kadra inżynierska naszego przemysłu zachowała się w zaskakujący sposób. Tego nie można było przewidzieć. Z polityki ułatwień zakupów licencyjnych korzystano różnie. - Na serio, czyli do implementowania nowej techniki aby unowocześnić produkcję, ale też w dużym stopniu dla prywaty. Dla części cwanych dyrektorów -  umowy licencyjne stały się pretekstem mnożenia wyjazdów na dochodowe staże szkoleniowe u zagranicznego partnera. Te wyjazdy bardzo się kadrze opłacały, licencjodawca hojnie finansował i to w twardej walucie. Tak zaczęto wykorzeniać dumę polskiego technika. Mozolne stosowanie rodzimych polskich wynalazków przestawało inżynierów bawić. Zachód to przewidział. Zamierzenie miało wyraźne polityczne cele a swoją robotę wykonywali dość często agenci tajnych służb. Polskie służby ostrzegały na przykład, że kadra pewnego bardzo aktywnego  na naszym terenie zachodnioniemieckiego giganta przemysłowego w niewiarygodnie gęstym stopniu poprzetykana jest szpiegami i to nie tylko z zakresu szpiegostwa przemysłowego. Mało komu przyszło do głowy zwracać uwagę na sygnały skompromitowanej  komuszej bezpieki. Politycy i kapitał zachodni  tanio swe cele osiągał. Szkolił tysiące inżynierów i techników w wąskich specjalnościach. Oczywiście, nikomu z Polaków nie zdradzano wszystkich własnych dopiero przygotowywanych rozwiązań technicznych. W zasadzie uczyli głównie obsługi eksportowanych do Polski maszyn.

 

Po czasie przekonaliśmy się, że otwarcie licencyjne nie zostało przygotowane jak należy. W dużej mierze położyli je na łopatki nie inżynierowie, lecz ekonomiści, zwłaszcza ci z Ministerstwa Finansów. Wszystko mierzy w złotówkach i w dolarach. Polski obywatel prywatnie nie miał kasy by wyjeżdżać na Zachód. Po wyjeździe na staż dostawał utrzymanie i kieszonkowe w twardej walucie. 1 dolar  kosztował  sto albo kilkaset złotych.  Niejeden ze stażu czy kursu szkoleniowego mógł wrócić milionerem. Resort finansów państwa z centralnym zarządzaniem gospodarką na to nie reagował.  Gdyby skuteczne okazały się inne bodźce, przyznające prymat rodzinnemu postępowi technicznemu, mogliśmy być bardzo bogaci. A licencje? Owszem, na ogół warto po nie sięgać. Tylko trzeba sensownie negocjować. Tak myślę dzisiaj, ale może mocno się myliłem? Nic nowego;  Mądry Polak po szkodzie.

 

Inicjatywy poza redakcyjne

 

„Temat – WiR” występował z licznymi inicjatywami poza redakcyjnymi. Od dawna. Moja zasługa. Dość skutecznie zapewniłem kontynuację Biura Młodzieżowych Patentów, które tworzył B.Zan. Po latach, stanowisko organizatora i cała inicjatywa BMP, na mocy specjalnego porozumienia z KG ZHP przekazane zostało pod kuratelę harcerstwa[21]/. Redakcje inicjują, ale nie są powołane do stałego prowadzenia.

 

Ściśle współpracując z kolegą absolwentem Politechniki Krakowskiej mgr.inż.mechanikiem Janem Majem odpowiedzialnym za młodzież robotniczą w ZSMP, zajmowaliśmy się Turniejem Młodych Mistrzów Techniki. Przy innej okazji dzięki Jankowi, który był też społecznym prezesem PZPN, w 1972 roku nawiązałem kontakt roboczy z Kazimierzem Górskim (patrz fot.arch.) w PZPN. Akcja „Tematu” miała zaangażować wynalazców w dzieło szkolenia zawodników polskiej mistrzowskiej jedenastki. Konkretnie - spowodować stworzenie przez polskich konstruktorów specjalnych urządzeń ułatwiających skuteczny trening piłkarzy. Jedna z nadesłanych prac (obrotowa platforma przypominająca przekładnię obiegową, umożliwiała wyrabianie celności strzeleckiej piłkarza). Model wyraźnie p.Kazimierza zainteresował.

 

Dziennikarze „Tematu” często wyjeżdżali  na różne wystawy, seminaria i kongresy w kraju i za granicą, najliczniej przy okazji Targów Poznańskich i Lipskich w b.NRD. Przywoziliśmy opisy nowości tam prezentowanych. Największą satysfakcję sprawiała jednak dobra informacja o rodzimej wynalazczości uzyskiwana regularnie dzięki współpracy z kilkudziesięciu korespondentami terenowymi. Pisali do „Tematu” chętnie.  Co roku zbieraliśmy się na jedną albo dwie narady redakcyjne. Podsumowywana była rywalizacja o tytuł najlepszego korespondenta.

 

Jedną z ciekawszych akcji było udane zainicjowanie[22]/ „radia dla każdego”. Chodziło o wprowadzenie taniego odbiornika z pasmem UKF i z dwoma oddzielnymi głośnikami. Nadaliśmy mu nazwę „Amator Stereo”. Wyprodukowały Zakłady Radiowe Unitra-Diora w Dzierżonowie.

 

Dalej o problematyce zawodowej z okresu „Tematu” zbyt wiele pisać nie zamierzam. Nasz produkt, czyli kolejne roczniki tego pisma są dostępne w bibliotekach i zaświadczają same za siebie. Pochwalę się tylko, że w czerwcu 1979 roku, w uznaniu dobrej pracy odznaczono JWFa Złotym Krzyżem Zasługi. Od razu złotym. To znamienne, nie przechodziłem dość rygorystycznie wymaganych zazwyczaj etapów dekorowania najpierw „brązem” i „srebrem”.

 

Kolejny dyrektor przyniesiony w teczce

 

W polskiej ekonomii raz po raz coś nowego się rozregulowywało. Nastroje społeczne zniżkowały. W 1979 roku dochodzi do zmiany dyrektora WCT NOT. W tym czasie wydawnictwo też już podupada. Jakieś kolejne frakcje partyjne prowadzą własną politykę kadrową i tak po sympatycznym Tadeuszu Książku stanowisko obejmuje Władysław Polesiński. W wydawnictwie mówią „przyniesiony w teczce”. Poprzednie miejsce jego pracy – Ambasada Polska w Pradze. Nowy szef też miał jakieś „plecy” ale inne niż poprzednik. I to wszystko co, go konstytuowało. Taki sobie facet, niczym by się nie wyróżniał gdyby nie jedno: do Wydawnictwa wniósł zapach grabarzy  idei.

 

- Nie popisał się jako dyrektor. Można rzec, dość szybko ostatecznie położył firmę. Oceniam, że wynikało to nie tylko z braku praktyki wydawniczej.  Szansy wyrównania niedostatków w rządzeniu wyspecjalizowaną firmą, upatrywał w inicjatywach typu „brat łata”. Chciał fasadowości, bezproduktywnych wizyt w terenie i  pielęgnacji układów. Cechowała go ślepa uległość wobec zwierzchnictwa kręgów partyjno-ubeckim. Rozumienie dobra ogółu rozmijało się nie tylko z interesami rozwoju techniki. Budziło niechęć środowiska. Nie kojarzyło się z działaniem pozytywistycznym, deklarowanym przez reżim w poodwilżowym dziesięcioleciu.

 

Ten dyrektor zaczynał od przymilania się wobec nowopoznanych podwładnych, fraternizował się, przechodził na ty.  Bez sensu. Ma do czynienia ze sporą liczbą niezłych przecież fachowców od prasy technicznej, ale ich rad nie słucha. Do pomocy dobrał sobie równie jak on całkowicie nie obytych w problematyce prasy technicznej panów na przykład Adama Koniecznego i paru innych. Skompletował z nich dział kadr.

 

Los zrządził zatem, że do wydawnictwa trafia Adam Konieczny, a jest to osoba która kończyła moje I Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego w Rzeszowie! Do Warszawy trafił na studia w Akademii Wychowania Fizycznego, zasłynął jako mistrz tańca towarzyskiego.  Pięknie, taniec fajna rzecz, ale ze specjalnością  wydawanie prasy technicznej nieco na bakier. Do naszego wydawnictwa skierowali go jacyś dziwni protektorzy. Widocznie partyjny team od lokowania „swoich” w polityce personalnej długo szukał dla Adama miejsca gdzie by go zatrudnić. Padło na nas. W języku aparatu partyjnego mówiono wtedy tak: „od jutra, towarzyszu będziecie redaktorem, rzucamy was na prasę techniczną”.  Polesiński dostał zatem jeszcze jedną lewą rękę - faceta odpowiedzialnego za kadrę redaktorską. Błąd za błędem. Adam natychmiast skłócił się z częścią redaktorów. Mnie raczej omijał z daleka. Nie żałuję. Obydwaj z Władysławem odegrali wkrótce  nieciekawą rolę w pacyfikowaniu dziennikarzy[23]/ przez tzw. komisję weryfikacyjną powołaną natychmiast po wprowadzeniu stanu wojennego. Jego niezbyt etyczne postępowanie w firmie wskazywało, że on i ja chyba zupełnie czegoś innego się w liceum nauczyliśmy.

 

Olbrzym na glinianych nogach

 

Zwracam uwagę na schyłek cennej idei darmowego szerzenia oświaty, zwłaszcza udostępniania informacji technicznej. Wielkie do niedawna Wydawnictwo Czasopism Technicznych, przedsiębiorstwo - dostarczyciel tej informacji, zaczyna tracić na znaczeniu kierowane przez ludzi przynoszonych w teczce z komitetu partyjnego. Nowe szefostwo nie było w stanie udzielić redakcjom ani wsparcia merytorycznego ani organizacyjnego. Przywiędła rola rad programowych. W prasie technicznej coraz rzadziej toczone były, żywe dawniej dyskusje o sposobie i kierunkach doskonalenia polskiego inżyniera i technika.  Władze Federacji Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT odwróciły się od naszego środowiska. Nie dlatego, że wydawnictw nie doceniały. Musiały zmierzyć się z zagrożeniem całej Federacji. W tym zabrakło pomysłu na wykorzystanie potencjału własnych dziennikarzy. Czy dyrekcja wydawnictwa dobierana z personelu pomocniczego ambasady albo byłych sekretarzy komitetów powiatowych PZPR mogła coś mądrego podpowiedzieć? Na pewno nie. Działacze społeczni skupieni w stowarzyszeniach branżowych, zwłaszcza SIMP  oraz SEP mieli pomysły. Jednym z nich było ratowanie czasopism przez wyjęcie ich spod zarządu dyrekcji wydawnictwa.

 

Władysław główny szef – jako się rzekło - raczej psuł niż naprawiał. Rozczarowanie brakiem kompetencji? Raczej zawód. Uważałem, teczkowy dyrektor  skoro ma takie „chody”, mógłby przynajmniej załatwiać różne sprawy od tyłu, dzięki owym plecom.  W bardzo niedobrym czasie rozregulowania gospodarki państwa i – równocześnie - utrzymującej się jeszcze dominacji władz partyjnych załoga wydawnictwa mogła tego oczekiwać. A chodziło wciąż o to samo co od kilku lat, czyli jak by tu sięgnąć po luksusy w postaci większego przydziału papieru oraz materiałów drukarskich, jak poprawić terminowość produkcji i tak dalej. W warunkach kryzysowych służyłoby to przetrwaniu firmy. Nasz Władysław nic. Nie radził sobie z zaspokajaniem żadnych potrzeb tego rodzaju. W 1981 roku trzeźwiejemy. Wydawca bez papieru to armator floty osiadłej na mieliźnie. Otrzymywaną ze Zjednoczenia wyrobów papierniczych (czyli z organu administracyjnego) skromną pulę papieru dyrektor rozdzielał proporcjonalnie pośród kilkadziesięciu tytułów. W kryzysie tak się nie postępuje. W wyniku takich praktyk zmuszał  jednakowo wszystkich redaktorów mniej czy bardziej dochodowych tytułów do wydawania coraz cieńszych numerów z coraz mniejszą porcją zawartości. Przygnębiała świadomość, że wytwarzany był produkt nie taki jak chcieliśmy. A od abonentów nasze WCT NOT pobierało pełne ceny rocznej prenumeraty. Beznadziejne zarządzanie. My, redaktorzy naczelni czasopism niewiele mogliśmy, najprościej - pogonić - nie dało rady. Robotnicy w fabrykach mieli na takich dyrektorów sposób: taczki.

 

Miałem nadzieję, że kryzys minie. Krytykowałem politykę dyrekcji. Nie manifestowało się to w formie grandziarskiej czy totalnego potępienia. Na naradach redaktorów padały jednak mocne słowa.  Imponujące uszy naczelnego dyrektora nabierały niekiedy barw kardynalskich. Moim zdaniem, wtedy na kłopoty firmy można było odpowiedzieć paroma dynamicznymi akcjami. Po pierwsze, należało ustawić priorytet pism dochodowych a więc zredukować częstotliwość kilkudziesięciu wątłych miesięczników branżowych. Nie groziło to wielkimi stratami prestiżu bo i tak dominowały gnioty, czytaj: dysertacje narybku naukowego. A po drugie – dobrze byłoby szybko powiązać nasze tytuły odpowiednikami na Zachodzie Europy po sensownych fuzjach uzyskując wsparcie chociażby w postaci papieru. Nie miejsce tu na rozwinięcie określenia „sensowne fuzje”. Wiele naszych redakcji, zwłaszcza tych prezentujących wysoki poziom merytoryczny jak np. „Mechanik”, „Przemysł Chemiczny” czy  „Przemysł Cukrowniczy”, miało dobre kontakty z istniejącymi u sąsiadów pismami branżowymi. Poziom merytoryczny wymienionych tytułów pozwalałby na zachowanie polskiej własności czyli współpracę bez obawy o połknięcie np. przez koncern obcokrajowy.

 

Mała dygresja: podałem przykład miesięcznika cukrowników. Dlaczego akurat ten?  Bo chcę podkreślić, że liczne zamieszczane w nim publikacje były dla połowy świata bardzo interesujące. Nieprzypadkowo. Za czasów PRL Polska zdobyła dominującą rolę na rynkach światowych jako wyspecjalizowana w eksporcie kompletnych cukrowniczych obiektów przemysłowych, zwłaszcza technologii przeróbki buraków cukrowych. Jeśli dobrze pamiętam, zajmowała się tym potężna centrala handlu zagranicznego CEKOP. Na takiej pozycji niektórych gałęzi przemysłu także i my, wydawnictwo, mogliśmy robić interes.  Dyrektor Polesiński nie podjął tematu, nawet nie wysłał odpowiednich zapytań ofertowych.

 

Chciałem utrzymać terminowość i częstotliwość swoich dwóch tytułów „Tematu” i „Zeszytów Problemowych Wynalazczości”. Musiało to odbyć z kosztem ograniczenia liczby stron pisma. Jesienią 1981 roku „Temat WiR” miał objętość 4 stron. Dzisiaj grubsze są nawet jednodniówki. W celu upchnięcia większej ilości informacji z terenu, poleciłem drukować drobną czcionką, nonparelem. Szarpanina. Jak na to reagował czytelnik? Badasz opinie choć z góry znasz ich wynik. Widząc tego rodzaju smutne zabiegi czytelnik mógł sobie wyrobić własny obraz kondycji prasy technicznej. Nie protestował. A redaktor? - przecież żaden nie wystąpi o zamknięcie swego tytułu. Gdzie byś nie spojrzał organom centralnym partii wszystko rozsprzęga się, ona na każdym odcinku umie spartolić sprawowanie kierownictwa państwa.

 

Odskocznia w stronę kultury

 

Autor stara się nie katować czytelnika tych wspomnień zbyt wielką ilością szczegółów warsztatowych redakcji i redagowania. No i teraz znowu zajmę się opisem poczynań towarzyszących, nie koniecznie tych, za które mi w prasie technicznej płacono. Opowiem o pracy społecznej na peryferiach zawodu. Otóż w okresie, kiedy w naszym pięknym kraju było jeszcze dość wesoło, w schyłkowej fazie rządów Gierka,  coś podkusiło JWFa żeby założyć Dyskusyjny Klub Filmowy NOT. Dowiedziałem się jak i gdzie to sformalizować. DKF powstał i skupiał on w różnych okresach od 110 do 250 członków, czyli widzów wykupujących karnety miesięczne.

 

Należy się małe wyjaśnienie: bardzo dawno, bo około 1956 roku doszło w Polsce do poodwilżowego rozluźnienia okowów reżimowych  a jednym z efektów było dopuszczenie istnienia i pojawienie się Dyskusyjnych Klubów Filmowych o repertuarze nie wymagającym zabiegania o zgodę cenzury. Ruch DKF odpowiedział na powszechne zainteresowanie dziełami filmowymi zakazanymi albo trudno dostępnymi. Dotychczas w kinach oglądaliśmy prawie wyłącznie filmy produkcji ZSRR (nie wszystkie rosyjskie były do „d…”) i jakieś polskie, ewentualnie tworzone w pozostałych KDL produkcyjniaki. Kino amerykańskie, nawet w postaci westernów pojawiało się na naszych ekranach rzadko. Natomiast w nowo powoływanych DKF-ach można było obejrzeć wiele ciekawych pozycji, którym z różnych powodów nie udawało się trafić na polski ekran. Nie trafiały nie tylko z przyczyn polityczno-cenzuralnych. Często także dlatego, że centrala sprowadzająca je do Polski nie miała dość dużo pieniędzy na zakup licencji rozpowszechniania.

 

Niekiedy graliśmy filmy trudniejsze, które nie zdobyły popularności i niebawem miały stracić licencję. W DKF mogły być wyświetlane prawie za darmo, z uwagi na argument niewielkiej widowni a więc, praktycznie bez naruszania niczyich praw autorskich. Mimo wszystko ludzie uzyskiwali w ten sposób lepszy dostęp do osiągnięć kultury zachodniej. Parę cennych filmów – jak dzisiaj oceniam - udawało się uratować od zapomnienia.

 

Na salę wpuszczało się członków DKF za karnetami. Nowe karnety można było kupić nawet  ostatnich minutach przed projekcją. Jeśli spytasz o cenę to można byłoby ja określić na poziomie dzisiejszych pięciu złotówek od osoby. Kluby nie miały przynosić dochodu. Musiało starczyć na jakieś tam opłaty za wypożyczenie rolek. Karnet spełniał natomiast ważną funkcję ewidencyjną.

 

Nasz DKF dostał od  sekretarza generalnego NOT inż.Czamarskiego prawo nieodpłatnego wykorzystywania sali „A” największej w gmachu na ul.Czackiego i z bardzo dobrze wyposażoną kabiną kinoprojekcyjną. Spotkania odbywały się raz w tygodniu, jakieś pół godziny po zakończeniu pracy, czyli zaraz po 16,00. Przygotowania przebiegały zawsze tak samo. Prezes eF albo red. Jacek Witkowski dyrektor DKF, pod koniec miesiąca udawali się do Centrali Wynajmu Filmów, wyszukiwali najbardziej ich zdaniem interesujące pozycje, zawsze jednak ambitne, no i rezerwowali wypożyczenie na określony termin. Potem sporządzali afisze, rozwieszane w gmachu NOT i paru sąsiednich budynkach biurowych. O przywiezienie wypożyczonych taśm na salę projekcyjną dbał redaktor techniczny w WCT NOT Leszek Brakowiecki. Na dzień wyświetlania zamawiany był także prelegent; ktoś z popularnych wówczas krytyków filmowych takich jak Jerzy Bukowiecki, Jacek Fuksiewicz,  raz był u nas krakowianin Jacek Stwora.  Prelegent wygłaszał kilkunastominutowy speech przybliżający postać reżysera i  zwracał uwagę na istotniejsze walory dzieła. Czasem ktoś z sali prosił o dodatkowe wyjaśnienia. Za parę minut prelegent zasiada w rzędzie a my sygnalizujemy obsłudzie rozpoczęcie, światła na sali gasną, w oknach zasuwane są kotary i spektakl rusza. Niekiedy po filmie, na sali pozostawała jeszcze niewielka grupka tych, którym do domu się nie śpieszyło. Prelegent zazwyczaj lubił sobie z nimi pogawędzić.

 

Zdarzały się też wpadki, ale radziliśmy sobie jak kto umiał. Pewnego razu na prelekcję nie stawił się zamówiony krytyk filmowy. Zawiódł. Nie ma prelegenta. Może dodam, że nie wiemy czy dojedzie. - Telefonów komórkowych jeszcze nie było. Przed salą oczekujemy bezskutecznie. Z wyświetlaniem dłużej zwlekać nie można. Co tu począć? - Prezes eF stanął przed widzami. Tym razem jest sam wobec wielu. Odzywa się do zebranych słowami: „Proszę państwa, miał do nas przybyć pan… Nie przybył. Jest już kilka minut spóźnienia, dłużej nie będziemy czekać. Pozwolą państwo, że z zastępstwie powiem wam, dlaczego ten film jest tak ważny”.  Przekazałem im parę informacji zaczerpniętych z opisu podczas wyboru repertuaru w Centrali Wypożyczania. Na szczęście miałem zwyczaj robienia notatek przydatnych później przy szykowaniu afisza. No i po paru minutach takiej gadaniny ludzie coś jednak o filmie wiedzieli a operator mógł grać.

 

Tego typu sytuacje nie były częste. Pewna znajoma powtórzyła mi później, że obecnym zaimponowała nasza (organizatorów) swoboda radzenia sobie w kłopotliwych sytuacjach. Pamiętam tę pochwałę, zwłaszcza dlatego chyba, że wypowiedziała ją bardzo ładna sztuka. Inna rzecz, że faktycznie, miała rację, Bozia z różnym powodzeniem, ale jednak czuwa a dzięki temu świat do odważnych należy.

 

DKF NOT działał przez rok. Wyświetliliśmy kilkadziesiąt wartościowych pozycji tak cenionych przez historyków kina jak hiszpańska ponura opowieść o tragedii wychowanki klasztoru pragnącej odkupić winy innych ludzi „ViridianaLuisa Buňuela (1961) czy szwedzki przeuroczy, choć zakończony tragicznie przez BoWildberga melodramat „Miłość Elviry Madigan” (1967).  Pokazana została amerykańsko francuska satyra na świat mody „Polly MaggooW.Kleina (1966). Wyświetliliśmy też nakręcony w 1971 roku „Klute” Alana Pakuli. Niestety, nie udało mi się sprowadzić filmu, który chciałem zobaczyć, rosyjskiego „Aleksandra Newskiego”. Z polskich dzieł filmowych wyświetliliśmy przedwojennego „Znachora” i powojenne „Zakazane piosenki” L.Buczkowskiego (1947).  Na tych ostatnich ciążyło jakieś embargo, może dlatego, że propaganda chciała  o Powstaniu Warszawskim mówić wyłącznie źle. Wiele innych tytułów wyświetlonych filmów umknęło mi już z pamięci.

 

60 członków partii

 

W WCT NOT, w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku podjąłem decyzję:.zostałem członkiem PZPR.  Nie nazwę tego, jak zrobiło wielu: popełnieniem jeszcze jednego głupstwa w życiu. Owszem, z dzisiejszej perspektywy nie ma powodów do zachwytu. Po 50 latach  widzę, że były tej decyzji dwie strony, jak w medalu. Poznanie partii od środka doprowadziło do pewnych wniosków. Czegoś się nauczyłem. Najważniejsze, że zwolennikiem żadnego lewactwa jak nigdy nie byłem tak i nie zostałem.

 

- Na członkostwo PZPR dałem się namówić Januszowi Ostaszewskiemu, koledze z „Politechnika” starszemu niż ja pracownikowi prasy notowskiej. Pracowaliśmy w sąsiednich redakcjach notowskich, często spotykaliśmy się, były okazje do rozmów jak by tu lepiej redagować i gospodarować w firmie. Uznałem za pewnik, że obydwu nam najbardziej na na uzdrawianiu wydawnictwa zależało. Wtedy wystarczyło, że agitatorowi powiedziałem „tak” i maszyna ruszyła. Janusz znał mnie i wiedział, że ani na studiach ani w pierwszych latach pracy zawodowej sympatiami do żadnej partii się nie skalałem. Uwiódł mnie słowami: „Jasiu, wstąp, z tobą naszym gronie organizacji przynajmniej będzie z kim pogadać”. To miałaby być ta strona lepsza strona medalu. Gorsza strona to wykazana naiwność, niebawem przekonałem się, że całe to nasze „gadanie we wspólnym gronie” nie wpływało na nic. Nawet na skuteczność bicia piany.

 

Taka było. Wielu dziennikarzy wstępowało do partii. W WCT NOT tzw. podstawowa organizacja partyjna została założona trochę po to, żeby Wydawnictwo uniezależnić od dużej POP w NOT i jej problemów. Grupowała niecałe 60 członków. Chyba wszyscy członkowie swojej firmie dobrze życzyli. Przystąpiłem w końcówce działania PZPR. Jeszcze to istniało, ale mało który z towarzyszy przewidywał, że monopartia przez pół wieku rządząca Polską niebawem zacznie tracić resztki sensu istnienia. Prawdą jest wszakże, iż od tamtej rozmowy z Januszem minęły dziesiątki lat a na wspomnienie PZPR zęby bolą. Nawet te, których już nie mam. Kto by to wtedy mógł przypuszczać, że partia zostanie pozbawiona władzy przez swego I sekretarza? Janusz też takiego obrotu sprawa nie przewidywał.

 

Organizacja partyjna w prasie technicznej? Nie ma co owijać w bawełnę: także w naszym wydawnictwie stanowiła – generalnie – twór dość nijaki. Po prostu w każdej firmie ogniwo partii musiało być i było. U nas też. Nasze zebrania często zamieniały się w ulubione przez starszych panów forum pogaduszek o polityce. Faktycznie, niektórzy jakby się w dyskusjach realizowali. Na pewno jednak nie starano się podgrzewać tematów serwowanych przez partyjny beton albo podrzucanych z Komitetu Dzielnicowego Śródmieście. W 1980 i 1981 roku zwłaszcza nie wdawaliśmy się spory na temat ruch solidarności. Nikt nie identyfikował się kierunkiem antykościelnym czy deklarowaną laickością. Były I sekretarz POP w wydawnictwie, z zawodu grafik redakcyjny, po śmierci chowany w obrządku katolickim.  To norma. W latach pięćdziesiątych PZPR czegoś takiego by nie tolerowała, teraz – zero reakcji. Zresztą, czy zmarłego mogą ukarać za porzucenie idei marksistowsko-leninowskiej na rzecz pojednania z Panem Bogiem? I tak z tą wiernością idei zakładowa organizacja radziła sobie do końca mej pracy w prasie technicznej. Członkostwem nikomu osobiście nie zaszkodziłem. Myślę, że współpracownicy nie odczuli zmiany mojego statusu. W wydawnictwie do końca 1981 roku nie pojawiły się ostrzejsze konflikty polityczne. Spytasz, jeśli tak, to po coś tam poszedł? Odpowiem krótko, po to, żeby sprawy w Polsce nie potoczyły się gorzej. To nie był motyw kolaboracji.

 

- W krytyce „przewodniczki” słusznie uznajemy że narobiła wiele szkód. Jednak wychwalać to się umiała. W całym kraju PZPR liczyła wtedy dwa i pół miliona członków. Liczba ta może komuś imponowała, ale chyba tylko etatowym działaczom zakochanym w statystykach. W pamiętniku, tematowi mojego członkostwa pewnie można by poświęcić dużo więcej miejsca. Sporo ciekawostek do odnotowania. Wiem jednak, że co mogłoby być ciekawe dla Dziadzia, nie musi  mieć znaczenia dla mojej progenitury. Kogo bowiem,  jeśli nie ma żyłki historyka organizacji politycznych,  interesowałby na przykład sposób porozumiewania się pomiędzy sobą instancji partyjnych. Czy to ciekawe jak zwoływaliśmy poszczególnych członków na zebrania, jak omawialiśmy plany działalności, jak Dzielnica zachęcała do manifestowania w warszawskich pochodach pierwszomajowych? Wątpię też, czy dzisiaj dostrzegalibyśmy komizm niektórych sytuacji,  te zderzenia zdroworozsądkowej bazy z absurdami wymyślanymi „na górze”. Czy ktoś chciałby kiedykolwiek nadstawiać ucha na zazwyczaj nieudane próby dyscyplinowania, złowrogie pomruki niezadowolenia dobiegające „ze szczebla instancji” pod adresem mało aktywnych „na dole”, pomruki nie robiące wrażenia na nikim. Kiedyś pewne zagrania tego rodzaju stawały się tematem dowcipów.  – To wszystko trudno przedstawić osobom, które nie znają historii ostatniego pięćdziesięciolecia, nawet skrótu PZPR nie zdołałyby rozwinąć. Wtedy jednak partia i jej powiązania kremlowskie stale przewijały się na nagłówkach gazet, chcąc nie chcąc, setki tysięcy Polaków uczestniczyły; widziały i słuchały. Co faktycznie o swojej partii myśleli członkowie PZPR pokazywała Radio Wolna Europa, sfilmowano w niejednym z kinowych „półkowników”. Nie mam ambicji dokumentowania przebiegu zebrań i zachowań uczestników.  Starałem się  aby partyjne ogniwo w WCT NOT nie szkodziło, i chyba starczy, tyle na ten temat.

 

Robotnicy obalają władzę partii robotniczej

 

Życzliwie obserwowaliśmy tworzenie ruchu solidarnościowego. Od połowy lat osiemdziesiątych w całej Polsce zaczyna się, jak wiadomo, czas wielkich wstrząsów społecznych i ogromnych wahań nastrojów. Ich apogeum przypada na lata 1980 – 81. Karnawał Solidarności będzie trwał 16 miesięcy.

 

Gdy podczas wakacji 1981 wybuchła „Solidarność” byłem w Lipsku (b.NRD). Zakwalifikowałem się na sześciotygodniowy kurs doskonalenia języka niemieckiego urządzony dla kilkunastu dziennikarzy – w tym członków SDP. W tym czasie kraj ogarniały strajki, zgłoszony został postulat rejestracji NSZZ „Solidarność”. Mieszkając kilka tygodni za granicą byliśmy praktycznie odcięci od informacji, i z tego powodu trochę znerwicowani. Może warto niektórym potomnym przypomnieć, że internetu wtedy nie było. Kometarze gazet b.NRD wobec robotniczych wystąpień określiłbym jako jadowite.

 

Dogadałem się z portierką domu studenckiego, że w sekrecie wypożyczy mi małe radio tranzystorowe. Niemka, pani wtedy czterdziestoletnia a więc cokolwiek kumająca,  uczyniła to bardzo chętnie. A więc znowu mogę słuchać Wolnej Europy. Chociaż Lipsk niedaleko od Monachium, odbiór mieliśmy marny. Nasłuch choć marny technicznie dawał jednak sporo wiedzy. Zasłyszane wiadomości powtarzane były każdej osobie z polskiej grupy. 

 

Podczas któregoś seansu nasłuchu dołączył do nas pewien młody, temperamentny człowiek, uczestnik kursu, dziennikarz z Bułgarii. Polski zna słabo więc ktoś tłumaczy mu co mówi Monachium. Chłop się zachwycił, reakcja właściwa południowej nacji. Sensat w podnieceniu zaczyna nawet coś tam wykrzykiwać jak na wiecu, podskakuje jak jakiś człekopodobny. Kolega kursant Jerzy Rasała (wtedy dziennikarz PAP) patrzy na gościa niczym na wariata. Co ty możesz zrozumieć z polskiej walki z komunizmem?  Bułgar dalej swoje. Wkurza tym Rasałę. W końcu Jurek odwraca się do młodego i rozkazuje po rosyjsku: „uciekaj na drzewo”. Kolega bułgarski cichnie. - Skuteczny był ten  rozkaz udania się na drzewo. Nie wszystko dobrze pamiętam; czy Jurek wygłosił go był po rosyjsku, polsku czy po niemiecku.

 

Kiedym wrócił z Lipska, „Solidarność” również w naszym wydawnictwie została już zorganizowana. Ogniwo nowego związku powstało spontanicznie, bez większych przeszkód. Z  mojego personelu redakcji „Tematu” wstąpiły dwie czy trzy osoby.  Nie zrobiło na mnie wrażenia. Trochę nie spodobało się tylko to, że do „Solidarności” jako pierwsza zgłosiła akces pewna dama – nasza sekretarka, osoba raczej leniwa w pracy. Generalnie temu związkowi zawodowemu dobrze życzyłem. Ale główną troską było redagowanie.  Szwankująca produkcja „Tematu” w drukarni „Na Tamce” zmusza do koncentrowania się na sposobach likwidacji opóźnień i różnym innych problemów.

 

Co charakterystyczne dla Wydawnictwa Czasopism Technicznych NOT, trzej działacze społeczni, szefowie obydwu związków zawodowych oraz organizacji partyjnej w potrafili zachować harmonijną współpracę. Duża w tym zasługa umiarkowania załogi. Z kręgów solidarnościowych w przedsiębiorstwie głosy wojownicze nie dobiegały. Może się coś takiego zdarzało, ale chyba należałoby je nazwać dość elegancko wyrażaną, rzec by można  ugrzecznioną krytyką dyrekcji. Związkowi „S” szefował inż.Andrzej Gelberg. Parę pomysłów jego i kolegów zaliczam do bardzo udanych. Z inicjatywy inż. Stanisława Klimaszewskiego, zakładowa „S” zaproponowała dyrektorowi Polesińskim przywrócenie statusu pracownika doktorowi K.Januszowi[24]/ swego czasu, na życzenie władz dzielnicowych PZPR skreślonemu z listy nieetatowych współpracowników jednej z redakcji WCT NOT za poglądy „niezgodne z linią”.  Poza tym nowy związek, o ile pamiętam – niczego ciekawszego do postulatu usprawniania pracy firmy, nie wnosił. Bardzo zadziorny na ogół Józio Śnieciński, szef starej organizacji unikał kłótni między związkami. Jego działacze skupieni w Radzie Zakładowej nie wchodzili z ludźmi Gelberga w żadne spory, bo też u nas okazji do konfliktów zasadniczej wagi jak w stoczniach czy kopalniach nie było. Zwłaszcza że wszyscy – chyba bez wyjątków -  niezadowoleni  z Polesińskiego. Może nasi związkowcy w końcu dojrzeliby do sformułowania jakichś wniosków o zmianę dyrektora na lepszego, ale 13 grudnia 1981 Jaruzelski wszystkie  tego rodzaju inicjatywy ubiegł. Stan wojenny umocnił dotychczasowego. A szkoda, bo tylko Solidarność mogła postawić sprawę na ostrzu noża.

 

Podzielałem oceny obydwu związków. Zdawały sobie sprawę z marnej sytuacji firmy. Niestety, ani dyrekcja naszej oficyny ani szefostwo NOT nie chciały skorzystać z okazji do poprawy gospodarowania. Znikąd pomocy. Federacja NOT jeszcze nie dorobiła się pomysłu na własną przyszłość. Jesienią 1981 roku zaproponowałem w „Temacie” samorozwiązanie i utworzenie nowego NOT.

 

Usytuowane w strukturze wydawnictwa o szczebel czy dwa niżej, towarzystwo redaktorskie lepiej się w tych czasach znalazło. Ze Stanisławem Klimaszewskim, działaczem „Solidarności” ja, nie członek „Solidarności”, także przy życzliwej współpracy Józefa Śniecińskiego, inicjowaliśmy w tamtym okresie parę dobrych rzeczy. Do dnia ogłoszenia stanu wojennego  W.Polesiński jakoś to znosił, przeszkadzał działaczom umiarkowanie. Reakcję odłożył na później. Przyjął bowiem taktykę: w burzliwych miesiącach siedzieć jak mysz pod miotłą. Niewątpliwie o nastrojach w firmie informował różnych swoich kolesi. Poza tym, na dyrekcyjnym piętrze nuda w nieszczerości.

 

Najważniejsze na czym nam redaktorom wtedy zależało, to przejść przez kryzys z najmniejszymi stratami; zachować kadrę i w miarę skromnych możliwości utrzymać podupadające tytuły. Tu chodziło o zachowanie tradycji, która – wierzyliśmy – po unormowaniu całego bałaganu w wielkiej polityce, da szansę utrzymania dominującej pozycji wydawnictwa na rynku prasy specjalistycznej.

 

- Naiwność oczekiwania. Widzieliśmy przecież co się dzieje wokół. Że abonujące nasz produkt fabryki  wciąż funkcjonują ale coraz to kolejna wpadała w pętlę zatorów finansowych. Słyszeliśmy, że pieniądz przestaje spełniać swoją rolę. Prenumeraty wielu naszych czasopism spadają na łeb na szyję. Dyrektora wydawało się paraliżowała sama myśl o gospodarce rynkowej, o proponowaniu nowych pozycji wydawniczych czy w ogóle o zarabianiu na czymkolwiek, co umielibyśmy robić i sprzedać.  Komitet Centralny PZPR swoją, poroznoszoną w teczkach kadrę dyrektorską zostawił bez instrukcji postępowania. Osierocił w sposób dla dyrektorów najokropniejszy, całkowicie, uśpił nawet oficerów prowadzących. Niektóre tak rozumiane sieroty w końcu wyszły nienajgorzej. Załapały się  na plan uwłaszczania czerwonej burżuazji. Ale to później, pod koniec lat osiemdziesiątych. Teraz jeszcze ten czas nie nadszedł.

 

Nieudana wasalizacja

 

W okresie PRP, mimo oficjalnych deklaracji władz, nie udaje się czytelnie zdefiniować stosunek do „wielkiego wschodniego brata”.  Dość dużo uwag na ten temat zawarłem na stronach 5-10. A Rosja, odwrotnie,  jest wciąż konsekwentna wobec nas jak była za carów tak za bolszewików. Niby się wszystko zmienia, ale Moskwa ze swoich wpływów „priwislanskim kraju” nie rezygnuje, tylko coraz bardziej podstępnych sposobów się ima. Kreml, siedlisko imperialnych dążeń jest i będzie zainteresowany wasalizacją sąsiadów. Ta polityka moskiewska wobec Polski może irytować swoją namolnością. Daliby sobie z  tym spokój.  Niechby nareszcie zaczęli u siebie dobrze gospodarzyć. Nie ma nadziei. Niechby chociaż zauważyli, że radość płynie z własnej gospodarności, że sami przed swoimi domami mogą zadbać o klomby, chodniki i płoty. Jak dotychczas najlepiej się im zawsze udawało mordowanie polskiej inteligencji, wrzucanie patriotów do lochów więziennych  i wywożenie na nieludzką ziemię. Przy okazji – jak Szwedzi i Niemcy tak i moskiewscy „przyjaciele” gorliwie uprawiali grabież naszych polskich dóbr kultury, inicjowali rujnowanie zabytkowych budowli. Mogłem to dostrzec nawet na mojej skromnej działce – organizacji wynalazczości.

 

Doktryna mocarstwowości Rosjan osłabia ich samych. Ich, jak my Słowian! W Polsce zamiast zyskiwać sympatię tracą wyraźnie. Równoczesna penetracja wielu środowisk kosztuje. W celach destrukcyjnych grają kilka różnych meczy na wielu boiskach równocześnie. Redagując „Temat”  miewaliśmy tego dowody. Dane mi było obserwować stosowane w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zabiegi o zatrucie albo przynajmniej zamazanie naszej sformułowanej przed wiekami polityki przywilejów gospodarczych i koncepcji polityki patentowej. Po II Wojnie Światowej Moskale próbowali wykorzenić w Polsce „burżujski” system ochrony własności intelektualnej. Nie chcieli „kapitalistycznych” patentów i już.

 

Otarłem się więc trochę o te rosyjskie metody zjednywania nas wokół sowieckiego modelu organizacji wynalazczości. Przypuszczam, że to nie przypadek, iż po objęciu funkcji naczelnego dostałem z Moskwy list p.Kudriawcewej (chyba nie pomyliłem nazwiska), redaktor naczelnej miesięcznika „Izobrietatiel i Racjonalizator”. Zawierał zaproszenie do odwiedzenia ich redakcji w celu nawiązania współpracy dziennikarzy. Propozycja całkiem miła, więc odpowiedziałem pozytywnie. W praktyce oznaczała wymianę „bezdewizową” po jednej osobie z pracowników redakcji z pokrywaniem kosztów w swoich krajach. Poleciałem Tupolewem. Potem do ZSRR wysłałem jeszcze kilka osób z redakcji. Może najważniejsza z omawianych z Kudriawcewą spraw była kwestia czy strona polska zobowiązałaby się goszczenia kolejnej narady redaktorów naczelnych pism zajmujących się sprawami wynalazczości. Nie podjąłem tematu. Jak wydawać forsę na coś takiego gdy w kraju zaczyna szaleć kryzys.

 

- Patrząc z innej perspektywy była to bardzo fajna wymiana. Moskwa chciała zjednać przychylność wykazując pańską hojność. Stosowała sprawdzone tricki. Mam na myśli udostępnianie gościowi walorów turystycznych. Premia za same odwiedziny zaliczana na koszt strony rosyjskiej. Ma to coś wspólnego z mentalnością Wschodu. Olśnić przybysza. Chętnie się dałem olśnić. Zwłaszcza, że zaproponowali odwiedzić Turkmenistan. Zawieźli bym mógł pospacerować po liczących dwa tysiące lat glinianych resztkach ulic stolicy Nisa, kąpać w ciepłym jeziorze podziemnym albo siedząc w piżamie na piasku obgryzać gotowane gnaty. Dzisiaj takie hasanie polskiego redaktora po ogromnej Rosji i jej byłych republikach nie możliwe. Na szczęście, podczas tych wypraw zajmowaliśmy się tylko zwiedzaniem. O żadnych planach wprowadzenia w Polsce sowieckiego systemu wynalazczości mowy nie było. Fundatorom chodziło tylko o inwestycję w przyszłych przyjaciół Moskwy.  Moskale myślą o odległej przyszłości wierząc, że kiedyś Polaków zniewolą. Ja zakładam, że to im się nigdy nie uda.

 

Rosjanin, jako osoba prywatna, w Polsce postrzegany jest przyjaźnie, chociaż nie raz dostarcza obserwatorowi  zabawnych sytuacji. Podobnie było z Heńkiem (w j.rosyjskim Gienrij). Przyjechał z Moskwy, od niedawna żurnalista. Były oficer Czerwonej Armii, teraz działacz wynalazczości, pracownik red.Kudriawcewej. Powitaliśmy w Warszawie. Mimo opieki nienajlepiej czuł się na obcej sobie ziemi, do tego miał talent do potknięć. Wieczorem ledwie go zostawiłem w hotelu „Metropol”, od razu coś przeskrobał. Z relacji gościa wynika, że wybrał się na spacer i przy ul. Nowogrodzkiej trafił  na prostytutki. Wszystkich szczegółów zajścia nie poznałem. Rosjanin opowiadał potem: doszło między nami do małej sprzeczki. Jaka sprzeczka? Niby nic się nie stało, a Heniek nadal wystraszony. Prawdopodobnie zaczął im zadawać jakieś pytania, ważne dla niego a bardzo niestosowne w ich mniemaniu. Więc go spławiły, żeby nie zawracał głowy. One pracują. Coś mu takiego zakomunikowały, że Heniek następnego dnia jeszcze mocno przerażony. Pociąg ruszył, Heniek konfidencjonalnym trybem prosi mnie na koniec wagonu i  wypytuje, czy polska milicja przyjdzie po niego i czy za ten incydent mogą go deportować do ZSRR.  Powstrzymując się od śmiechu zapewniam, że – spokojnie - jeszcze nie musi pakować manatków.

 

W ogóle b.sołdat Heniek słabo sobie w Polsce poczynał. W Krakowie na ul.św.Jana o mało nie zemdlał. Krew odpłynęła z mózgu, nie wytrzymał szoku spowodowanego widokiem urodziwej, młodej monaszki[25]/. Akuratnie wtedy, gdy mijaliśmy furtę, do klasztoru wracała skądś młoda zakonnica. Rosjanin osłupiał. Przystanęliśmy, a z okien na piętrze słychać muzykę taneczną. Powiadam: Genrij, może chcesz wiedzieć, wejdziemy i zapytamy co za okazja do tańców. Zapytana furtianka wyjaśniła, że jesteśmy w liceum żeńskim prowadzonym przez zakon i urządzono wiosenną potańcówkę. Gość chciałby popatrzyć na salę zabaw. Impreza wewnętrzna, obcych się nie wpuszcza, słyszę.

 

Potem znowu coś nietypowego. Wkraczając do sławnej krakowskiej restauracji „Wierzynek” Gienrij źle zaklasyfikował portiera. Mówię o pięknie ubranym portierze strzegącym wejścia do „Wierzynka”.  Chyba uniform w zielonkawym odcieniu skojarzył się gościowi z jakimś mundurem sowieckim. Heniek najpierw milczy, a potem, już przy stoliku pyta, Jan a kto to taki? Pomyłkowo sklasyfikował za marszałka armii albo coś podobnego. Serio! Myślał, że spotkany u wrót „marszałek” czeka na kogoś, na przykład na marszałkową albo coś podobnego. Wyprowadziłem go z błędu. W Krakowie szyją najbardziej fantazyjne szaty.

 

Takie to reakcje na polską rzeczywistość zdarzały się jeszcze parę razy gdy oprowadzaliśmy gości. - Obywateli kraju deklarującego przodownictwo w budowie nowego ładu światowego, przybywających do Polski w latach 1979-80.

 

Wkrótce po tej serii wymian bezdewizowych i wizyt redaktorskich ktoś zadecydował, że stosunki z Moskwą należy podnieść na wyższy szczebel. Odezwał się niejaki Safonow, car radzieckich wynalazców, przewodniczący Wsiesojuznoj Organizacji Izobrietaieliej i  Racjonalizatorow. Zaprosił na urządzaną w stolicy ZSRR międzynarodową naradę szefów stowarzyszeń patronujących wynalazczości. Z Polski pojechaliśmy we dwóch z Edmundem Pawlakiem, podówczas kierownikiem wydziału w b.CRZZ. Edmunda poznałem kiedyś, jeszcze jako krakowski student. Współpracowałem z komórką radia studenckiego Komisji Kultury Rady Naczelnej ZSP. W centrali Zrzeszenia Edmund odpowiadał m.in. za praktyki studenckie za granicą. No więc teraz, jako ważny pracownik ważnej centrali związkowej został przewodniczącym dwuosobowej delegacji polskiej. Obrady odbywały się w głównej siedzibie WOIR w jakimś gmaszysku na prospekcie Lenina w centrum Moskwy. Z góry uprzedzam; ich efekt merytoryczny uznać można za zerowy. Tak ja to oceniam. Urzędnik Safonowa odpowiedzialny za sprawozdanie oceniłby inaczej. – Napisałby zapewne, że przedstawiciele ruchu wynalazczego wszystkich krajów socjalistycznych zgromadzeni w Moskwie zademonstrowali chęć współdziałania… i tak dalej. Taki był ten język oficjalnych komunikatów.

 

- Godne większej uwagi w moskiewskich wspomnieniach byłyby zachowania uczestników narady. W referatach wygłaszanych według ustalonego porządku, jak zwykle, najsilniej chęć „współdziałania” deklarowali przedstawiciele b.NRD. Enerdole podkreślali lojalność wobec Moskwy niebywale wysoką liczbą wtykanych gdzie się dało refrenów w rodzaju „marxismus und leninismus”, powtarzanych jak mantra. W moim referacie było coś o wynikach wynalazczości w Polsce.  Na ręce Safonowa  przekazałem, chyba pozdrowienia od członków redakcji „Temat”. Innych upoważnień nie miałem. Po zakończeniu obrad Mundek natomiast musiał się wykazać jakimś tekstem bardziej błyskotliwym. Szkoda, że nie pamiętam o czym nawijał.

 

Po obradach Rosjanie urządzili biesiadę. Podczas kolacji sporo czyściochy. Nie tolerowali prób omijania toastów. Niemcy, oczywiście nie bardzo odporni na alkohol, musieli jednak solidnie wypić za „marxismus und leninismus”. My się bawiliśmy umiarkowanie. Ale toasty się mnożą. W którejś fazie Mundek apeluje do mnie, abym mu w pijaństwie dotrzymywał kroku. Odparłem, że – absolutnie na to nie pójdę bo ten zaszczytny obowiązek ochlajowy przynależy wyłącznie stanowisku przewodniczącego delegacji, za tym przemawia racja stanu i protokół dyplomatyczny. Dodałem że nie znoszę czyściochy. Kierownik delegacji zamilkł. Postawiony w konkretnej sytuacji, nie zawiódł; muszę go pochwalić,  z kolejnymi toastami dość dobrze sobie sam poradził.

 

Odrzucenie „świadectw autorskich”

 

W Moskwie wesoło gdy cośkolwiek wiesz o metodach nawiązywania przyjaźni. Dużo poważniejszy charakter miały podejmowane próby zmiany prawa. Mogły prowadzić do wasalizacji wynalazczości polskiej. Wymiar dość konkretny przybierały w okresie przygotowywania w Polsce nowelizacji ustawy o wynalazczości z 1972 roku[26]/ i podczas prac nad jej późniejszymi zmianami. Zamiast patentów Moskwa próbowała nam narzucić wprowadzenie tzw.  świadectw autorskich.  Byłyby dokumentami o dużo niższym znaczeniu prawnym i ekonomicznym. Nasz projekt ustawy  przywracał część rozwiązań z okresu II RP, popsutych po II wojnie światowej. Po trzydziestu latach autorzy projektu znowu przypisali osobie fizycznej - twórcy wynalazku prawo własności intelektualnej. Można to skomentować krótko: nad Wisłą waliła się konstrukcja stalinowska, poza ZSRR respektowana jeszcze w kilku innych krajach bloku demokracji ludowej, oparta na zaprzeczeniu praw z patentu należnych osobie fizycznej. Moskwie się to oczywiście nie podobało. Odrzucamy. Naciski moskiewskie powodowały jednak sporo zamętu. My chcieliśmy patentu oni – trzymać się jak najdalej od tego burżuazyjnego czegoś. W 1972 Sejm przyjmując nową ustawę postawił na swoim. Instytucji patentu nie pozwolił wyrugować.

 

Ktoś niezorientowany zapyta o sens przypominania tamtych zdarzeń. Warto! – Sprawie towarzyszyły emocje.  Rosja starała się kontynuować pewną szerzej zakrojoną grę. Złodziejską wobec krajów wysokorozwiniętych. Moskwa nie przystępując do konwencji międzynarodowych, ignorowała fundament ochrony własności intelektualnej. Nie kupowała licencji. Jej szpiedzy wykradali Amerykanom i Brytyjczykom co się da. Kopiowała wszystko, co wywęszyli agenci sowieckiego wywiadu gospodarczego. A umieją węszyć. Szpiegom wpadło w ręce na Zachodzie wiele cennych sekretów technologicznych.  Zdobyte dokumentacje i pierwsze egzemplarze agenci wysyłali materiały do Moskwy a ta decydowała o wykorzystaniu. Często o wprowadzeniu bliźniaczo podobnych wyrobów  do masowej produkcji. Najpierw odnowili w ten sposób zacofaną technikę przemysłu ciężkiego i fabryki zbrojeniowe. Potem kopiowali wyroby cywilne, na przykład – w latach pięćdziesiątych zegarki na rękę „Pobieda”, w sześćdziesiątych lodówki firmy „GE” albo  w latach siedemdziesiątych golarki z uchylnymi ostrzami wprowadzone na rynek przez  „Philipsa”. Przywołałem tylko kilka bardziej znanych przykładów urządzeń. Nie wspomnę co działo się z literaturą, zwłaszcza z kopiowaniem książek i prac naukowych w dziedzinie techniki.

 

Polacy nie mieli jednak ochoty wpisać się ani w rosyjskie praktyki złodziejskie w renomowanych firmach na Zachodzie ani w wydziedziczanie prawdziwych twórców u siebie. Moskalom nie mówiliśmy tego wprost. Nasi eksperci widzieli przyszłość w mozolnym doskonaleniu rodzimych regulacji prawnych coraz ściślej odpowiadających modelowi zachodnioeuropejskiemu. Jednym z celów było, zamiast implantacji sowietczyzny, dalsze zacieśnienie współpracy zwłaszcza z Europejskim Urzędem Patentowym. O obronie naszych środowisk naukowych i legislatorskich przed próbami wasalizacji wiele mógłby powiedzieć prof. Andrzej Szajkowski, jeden z dwóch głównych autorów (wraz z dr. Piotrem Lisieckim) projektów wspomnianej ustawy z 1972. Szajkowskiemu i grupie wysokiej klasy ekspertów udało się obronić nasze koncepcje. W tamtych latach Andrzej zaczynał się cieszyć autorytetem naukowym. Wokół niego już wtedy skupiało się grono współwyznawców. Trzeba się było z jego zdaniem liczyć. Róża ma kolce. Podpadł Jackowi Szomańskiemu  ówczesnemu prezesowi UP, który nie po to został szefem tej zacnej instytucji, żeby wchodzić w drogę Moskalom. Dokuczał podówczas doktorowi, Szajkowskiemu. Przypuszczam jednak, że w głębi ducha prezes też był zwolennikiem zmiany. Dowiódł tego przystawiając swój podpis pod projektem przygotowanym przez duet Szajkowski-Lisiecki skierowanym na posiedzenie Rządu i potem pilotując w Sejmie.

 

Z pomysłami wasalizacji w dziedzinie ochrony (czy raczej braku pełnej ochrony) własności intelektualnej szło Kremlowi jak po grudzie. Cichaczem nasze stanowisko popierali jak zawsze ostrożni Czesi i Niemcy z b.NRD.  Widząc brak efektów Rosjanie dali sobie z tym spokój. Swoje ułomne, zastępujące patent, świadectwo autorskie przestali nam narzucać.  Niedługo potem upadł Związek Radziecki, powstała Rosja nieco lepiej rozumiejąca prawa autorskie. Dostrzegli, że na licencjach opartych na wynalazkach patentowalnych też można zarabiać.

 

Jesień 1981

 

Pozytywny stosunek naszej redakcji wobec ruchu solidarnościowego łatwo stwierdzić przeglądając kolejne wydania „Tematu” z tego okresu. Oczywiście, z racji powołania pisma, zajmującego się problematyką techniczno-prawną nie byliśmy żadnymi protagonistami rewolucji społecznej. Ale coś ciekawego wymyśliliśmy. Świadczą o tym numery archiwalne „Tematu” z drugiej połowy 1981 roku.

 

W 1981, szczytowym roku „Solidarności” pismo  „Temat” miało swojego sprawozdawcę w osobie JWF wysłannika akredytowanego na I turze Zjazdu w Gdańskiej „Olivii”. Trochę się obawiałem o  reakcję dyrektora na wniosek o wystawienie delegacji służbowej.  Ten nie zakwestionował celu wyjazdu.

 

Niedziela, poranek 13 grudnia 1981. Jestem w domu na Al.Lotników 19/61. Jeszcze nie włączam telewizji ani radia. Dzieciarnia zaczynała baraszkować w dużym pokoju. Trochę mnie zdziwiło dochodzące spod balkonu skrzypienie śniegu. Luknąwszy co się dzieje za oknem, zobaczyłem tam dwóch zmarzniętych żołnierzy pod bronią. Dla rozgrzewki przestępowali z nogi na nogę. Za chwilę, po uruchomieniu odbiornika tivi, wszystko zaczyna się wyjaśniać. Na szkle ukazał się  jeszcze trzeci mundurowy. To ten premier, I sekretarz partii, koszmarny generał i szef  WRONY w jednej osobie. WRONA ustami Wojciecha Jaruzelskiego ogłasza stan wojenny. Obwieszcza, że wyłączył nam telefony. I jeszcze truje, że jest świadom odpowiedzialności…

 

Zakląłem po cichu. Jak wtedy przyjęliśmy i jak dzisiaj oceniamy dekret WRONy, każdy wie. W polskich domach  najczęstsze przekleństwo: A żeby tego Jaruzela szlag trafił!  Na domiar złego komunikat leci jak w kołowrotku. Żadnych innych informacji. Po jaruzelskim gęganiu zabiera głos spikier telewizyjny i doradza społeczeństwu, żeby nie wychodziło z domów. Komunikacja wstrzymana. Prasy nie ma. Oddać natychmiast wszystkie posiadane urządzenia łączności radiowej. Jeśli cię jeszcze nie internowali, to za niesubordynację wobec nakazów trafisz do obozu w Gołdapi. Gadają o tym jakby się im płyta zacięła.

 

Jestem spokojny. Obok mnie mały Roszek prosi o kanapkę nie posmarowaną masłem. Nie lubi masła.  Nawet nie wiem czy mieliśmy w domu, bo to towar trudno osiągalny.

 

We wspomnieniach z tego niedzielnego przedpołudnia zapisać muszę coś jeszcze.  Coś nadzwyczajnego. Poczułem jak działa transcendencja, zjawisko spoza naszego zwykłego doświadczenia. - Nieraz w życiu zdarzały się zadziwiające fakty. – Gdybym tego sam nie przeżył – nie uwierzyłbym, uznałbym za zgoła nieprawdopodobne. Teraz o czymś takim właśnie. 

 

Jak już ze stacji TV-Wrona nasłuchałem się ponurej gadaniny generała, szybko ogarnęło znudzenie. Nastrój chwilowy, bo na zamach w tym momencie nic już nie poradzisz. Przenoszę się z dziećmi z większego pokoju do drugiego, dziecinnego.  Idę tam prowadzony myślą jak będziemy sobie radzić i dość banalnym wnioskiem co do oczekujących na nas w okresie  przedsylwestrowym paru dni wolnego od roboty. Zakazują poruszania się po ulicach, to znaczy, że w nadchodzących dniach będę miał czas na czytanie. Podchodzę do regału z książkami. Teraz człowieku dobrze nastaw ucha! - Całkiem bezwiednie chwytam grzbiet tomiku serii poetyckiej PIW z poezją Norwida. Nowiutki, po zakupieniu jeszcze nawet nie przeglądany. Cyprian Kamil Norwid w żółtych tekturowych okładkach i na to ochronny celofan. Miałem zaległości w lekturze. Otwieram stronicę na chybił trafił. Uważaj! – Otwieram na stronie z krótkim wierszykiem zatytułowanym „Siła ich”!

 

Sam Pan Bóg chyba chciał te kartki akurat w tym miejscu rozchylić. Kiedyś natchnął poetę. Przed południem 13 grudnia 1981 roku mnie raczył swoją obecność udowodnić jeszcze drugi raz.  Szaremu człowiekowi – niezbyt gorliwemu w czytelnictwie. Kazał przejść do małego pokoju, wziąć w rękę tomik, który bez mego udziału otworzył się na tekście:

 

Waleczne wojska, bitne generały

Policje tajne widne i dwupłciowe

Przeciwko czemu tak się sprzysięgły?

- Przeciwko paru słowom co nie nowe.

 

To właśnie tego dnia po raz pierwszy przeczytał ja ten właśnie wiersz! I natychmiast zapamiętał. Właściwie nie uczył się go w ogóle. „Samo się zapamiętało”.

 

Ilekroć tę chwilę wspominam, nie mogę się nadziwić sekwencji zdarzeń będących absolutnie nie wyreżyserowanym skutkiem komunikatu o wypowiedzeniu wojny własnemu narodowi. Powiedzieć: „przypadkowe zrządzenie losu” – nie pozwolę. Wziąłbym to bowiem za dowód lekceważenia wpływu sił wyższych.

 

Wojna w piwnicy

 

Kiedy wojskowe tajne służby wprowadziły stan wojenny, pierwsza myśl: trzeba dokumentować, spisać to co sam widziałem, opisać w większym reportażu, może nawet powstałaby książka. Warte utrwalenia było zwłaszcza to, co obserwowałem z bocznej trybuny pełniącej rolę loży prasowej i ławy dla gości w Hali Olivii. Zgromadziłem w Gdańsku gruby plik materiałów: najwięcej zapisków  własnych z obserwowanych debat,  wiele najprzeróżniejszych ulotek, obficie rozpowszechnianych oraz notatki z rozmów z wodzami „S”. Zachowanie tego byłoby o tyle cenne, że wszystkie czyniłem na gorąco w co bardziej ciekawych momentach zjazdu. Nawet w środku nocnego boju czterech kandydatów, Jurczyka, Gwiazdy, Wałęsy i Lisa, ubiegających się o stanowisko przewodniczącego NSZZ „Solidarność”. A to była najgorętsza wrześniowa noc w „Olivii”. Wtedy Wałęsa nie wzbudził mojego entuzjazmu. Najbardziej podobało mi się wystąpienie Andrzeja Gwiazdy. Z trybuny bardzo dobrze prezentował się Stefan Jurczyk. Lis jako kandydat na szefa związku – jawił się obserwatorowi jako najsłabszy merytorycznie i pozbawiony instynktu wodzowskiego.

 

Niestety, te moje materiały przepadły. Jeżeli Wrona rzeczywiście miała oko na dziennikarzy niepodporządkowujących się czy sceptycznych wobec niej, to chyba na mnie też. - Może tak było, a może nie.   Prawda taka, że miałem dwa najścia: pierwsze na piwnicę i później na mieszkanie w Al.Lotników 19. Do mieszkania - bez zepsucia zamka.

 

Do piwnicy weszli na rympał. O włamaniu do boksu powiedziała mi któraś ze sąsiadek 16 lub 17 grudnia 1981. Złoczyńcy w nocy zerwali kłodkę i rozkopali wnętrze mojej zagraconej klitki piwnicznej. W podziemiach długich bloków są całe labirynty korytarzyków z rzędami takich klitek a wejść można z którejkolwiek klatki schodowej.  W przeddzień tego kipiszu robiłem coś w piwnicy.  Był moment, gdy wydawało się, że ktoś mnie z odległego końca korytarza podglądał. Zauważony szybko znikł. Przewrażliwienie ofiar stanu wojennego? Zrobiłem z gratami co miałem zrobić i poszedłem do mieszkania.  Następnego dnia otrzymawszy informację sąsiadki zbiegłem na dół. Widzę rozbebeszoną komórkę. Jednak rzecz dziwna; nic nie zniknęło. Nie było to więc włamanie w celach rabunkowych. Przyszli podejrzewając chyba,  że w nocy coś drukuję, może szukali powielacza, którego nigdy nie miałem. Co zabawne, podczas przywracania porządku w klitce zauważyłem, że jednak coś zabrano. Znikł tylko jeden towar, rzekłbym zabawnego przeznaczenia. Ktoś się połakomił na przechowywany w piwnicy zapas kilku rolek papieru toaletowego. Paradne!

 

Potem było kolejne, całkiem inne najście. Poniosłem większą stratę. Jakaś osoba, pod moją nieobecność zakradła się do mieszkania. Cwana sztuka. Zamek w drzwiach nie uszkodzony. Straciłem wiele dokumentów, zginął cały wspomniany zbiór materiałów z gdańskiej Olivii. Ciekawa rzecz, złodziej wykradł też szykowane do druku manuskrypt i ryciny mojej prawie gotowej książki na temat heliotechniki.  Szczególnie przykre: zniknął  też oryginał metryki Jana Włodzimierza Forowicza urodzenia we Lwowie.  Robota jakby specjalnie na złość Lwowiakowi.

 

Szkoda tych materiałów. Prasa techniczna trzymała się dość daleko od polityki. One świadczyły jednak o nawiązywaniu kontaktu. Przysłuchując się obradom w „Olivii  przybliżałeś sobie miarę nowych wydarzeń mających później wpływ na losy całego państwa. Jak? – Poprzez bezpośredni dostęp do prawdy i wyłapując na miejscu pierwsze próby jej zakłamywania. Olivia była parlamentem co się zowie! Podczas wspomnianej wrześniowej nocy wyborczej doszło do kulminacji napięć. Interesowało mnie utrwalenie przebiegu argumentacji poszczególnych kandydatów. Nie wierzyłem, że Warszawa rzetelnie przekaże całej Polsce. Pewnie z nieufności wobec władz państwa przypisałem sobie obowiązek udziału w przekazywaniu zgromadzonych świadectw. Ale pisałem  też dlatego, że sporów kandydackich zazwyczaj tak szczegółowo się w protokołach nie odnotowuje. Umyka zwłaszcza soczystość użytych słów, ta temperatura konfrontacji i walki. Ciekawe byłoby przypomnienie wszystkich akcentów i smaczków. 

 

Poza tym mając w ręku dowody można by spróbować powyjaśniać parę zagadek zaobserwowanych podczas wrześniowego Zjazdu w „Oliwii”. Na przykład kto i po co podrzucił delegatom setki karteczek sugerujących, że „Solidarność” to żydostwo, pokazujących podstęp producenta zjazdowych klipsów polegający na wmontowaniu rysunku gwiazdy Dawida. Albo - wyjaśnić przyczyny najbardziej tajemniczej decyzji zjazdowej Lecha Wałęsy. W noc wyborczą Wałęsa jeszcze urzędujący tymczasowy szef związku, nagle zmienił decyzję o miejscu liczenia głosów oddanych na poszczególnych kandydatów. Pełne urny wywiezione zostały poza salę „Olivii” i to w innym kierunku niż sam Wałęsa przed pół godziną zapowiadał. Nigdzie później nie natrafiłem na wyjaśnienie tej tajemnicy. Może słabo szukałem. W kuluarach słyszałem opinie o przejęciu pełnych urn wyborczych przez agenturę WSI. – Tylko na kilka godzin. Pamiętajmy; zjazd odbywał się na kilka miesięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego. Agentura już wtedy trzymała rękę na pulsie.

 

A w domu przy Al.Lotników 19? - Złodziej, który tam grasował demolował bezideowo, dla własnej przyjemności szkodzenia. Samo zło. I ktoś mówi, że nie ma szatana.

 

Oddaj walke-talke!

 

W pierwszych dniach stanu wojennego z Wydawnictwa, otrzymałem pakiet złych wiadomości. Po pierwsze, że w trybie stanu wojennego drukarni na ul.Tamka  faktycznie polecono zemleć nakład naszego najnowszego numeru. Po drugie, decyzję o tym, że w dwudziestym drugim roku istnienia czasopismo  wynalazcze „Temat” i jego redakcja zostaną zlikwidowane! Tylko ono. Inne czasopisma na razie zostają. Czym wynalazczość zasłużyła na wyrok?

 

Dyrektor zwołuje spotkanie informacyjne dla szefów redakcji. Co z personelem? – zobaczymy później, odpowiadają. Rozmawiam z innymi redaktorami, kto te decyzje u licha podejmował? Wrona? – Nie! Decydował dyrektor wydawnictwa. Poinformowali, że lokale wszystkich redakcji wydawnictwa zostały zapieczętowane. Lokale „Tematu” na ul. Brazylijskiej oplombowano w pierwszej kolejności. Jeśli ktoś ma w domu służbowy radiotelefon oddać za pokwitowaniem pracownikowi administracji. Jak widzę, w zakładach pracy Wrona kazała najpierw uniemożliwić komunikację społeczną. Tęgie łby to wymyśliły. „Temat” z takiego środka łączności korzystał jak z intercomu. Mieliśmy walke-talke. Dwa aparaty służyły do przekazywania wiadomości pomiędzy lokalami wynajmowanymi w sąsiednich blokach mieszkalnych na ul.Brazylijskiej. Zasięg tych „radyjek” nie przekraczał 200 – 250 m.

 

Jaki był sens zamknięcia „Tematu”? – Likwidujemy siedliska „Solidarnośći”, odpowiadają. U mnie w redakcji? Durnie górą - pomyślałem. Awansowali nas. Zaliczyli do rzeszy członków ruchu solidarnościowego, pocieszałem się w tej przykrej sytuacji i – co tu ukrywać - pełnej goryczy.

 

Areszt na gazety

 

WRONA dopada w drukarni 22 numer „Tematu” (datowany 30 listopada 1981). Opóźnienia były normą. Poligrafowie nie nadążali. Zarekwirowany. Redaktor JWF dopiero w piątek 10 grudnia 1981 mógł sprawdzić szczotki i złożyć podpis na pierwszym egzemplarzu. Wtedy maszynę puszczono na pełny gaz. Podczas zatwierdzania dostałem dwa redakcyjne egzemplarze, które schowałem w aktówce. Nakład miał w poniedziałek pójść w świat. Przez WRONĘ trafił na przemiał. Tu mała informacja dodatkowa; po złagodzeniu zakazów poruszania się po mieście, może jeszcze w końcu grudnia,  cichaczem odwiedziłem drukarnię na Tamce. Jeden z drukarzy bez słowa przyniósł mi rulon kilkunastu numerów uratowanych ze zmielonego nakładu.

 

 

W domu miałem zatem kilkanaście wspomnianych egzemplarzy numeru[27]/. Na czołówce wyróżniały się fotografie osób wypytywanych o stosunek „Solidarności” do potrzeby rozwijania rodzimej twórczości technicznej. Na pytania odpowiadał między innymi lider „S” Andrzej Gwiazda i doradca „S” ekonomista prof. Stefan Kurowski. Reszta treści numeru – jak zwykle. Dużo o wynalazkach i projektach racjonalizatorskich.

 

W tym zarekwirowanym numerze 22 „Tematu-WiRz  sprawozdajemy obrady Krajowego Zjazdu „Solidarności”. Oczywiście patrzymy przez nasz pryzmat. We wstępniaku wyraźnie piszę: zebrany materiał nie daje podstaw do stwierdzenia, że postęp techniczny znalazł się w centrum uwagi tego ruchu. Tak było!

 

Nie po takie wieści jechałem do Gdańska. Powie ktoś: nie tu w hali Olivii miejsce na takie tematy. Ktoś inny doda: czego się spodziewałeś? czy w ogóle są podstawy by poczuć się rozczarowanym? Czy wtedy, gdy robotnicy musieli walczyć z partyjnym betonem o prawo do godnego wynagrodzenia i swobodę zrzeszania, było miejsce na hasła jakiejś tam wynalazczości? – Uważałem, że odpowiedź dość łatwa. Teza 3 programu „S” głosiła przecież: „musimy zrobić wszystko co możliwe, by uzyskać maksymalną produkcję w oparciu o te zasoby, którymi kraj dysponuje”. Słowa te utrwalono w zjazdowych papierach. I zostały na papierze. Redaktor z „Tematu” próbował na nich budować wielkie nadzieje. Cóż znowu nie wyszło, jak w kilku poprzednich dekadach PRL.

 

- Trzeba przyznać, że sprawę już wtedy w Olivii uczciwie stawiał delegat na Zjazd dr Tadeusz Syryjczyk. Nie widzę „Solidarności” w takiej roli, powiedział „Tematowi”.  Liberał.

 

Za niespełna dziesięć lat, czyli w 1990 roku dr Syryjczyk był już u premiera Tadeusza Mazowieckiego ministrem przemysłu[28]/. Postępował konsekwentnie, tak jak wcześniej deklarował. Wkrótce jego kadencję solidnie skrytykowano, uznając Syryjczyka za najbardziej leniwego szefa resortu tamtego okresu. Odszedł z życia publicznego.

 

Syryjczyk chyba nigdy nie uznał swojej trzynastomiesięcznej kadencji ministerialnej za porażkę. Miał zadanie zmarnować resztki dorobku industrializacyjnego. Jeszcze raz, kilkanaście  lat później, w sierpniu 1996 roku spotkałem go na pięknej „Rusinowej Polanie” w Bieszczadach. Przyroda go nie interesowała. Izolował się też od wszystkich innych turystów goszczonych przez Staszka i Krystynę Rusinów. Smutny pan. Zdawkowa wymiana zdań pomiędzy urlopowiczami. Najczęściej można go było zobaczyć w cieniu, siedzącego pod dużym drzewem, niedaleko jadalni. Nawet na urlopie wczytywał się w  jakieś rozprawy o gospodarce w ujęciu liberałów. A pod kolejnymi, zmieniającymi się jak na karuzeli  ministrami, polski przemysł, razem z całymi tak przez nas zachwalanym „potencjalnym zasobem nowatorstwa”  dogorywał. O ile w PRL trochę się na temat wynalazczości pokrzykiwało to po przemianie ustrojowej, rządzącym temat ten w ogóle uciekł. Zabrakło ambicji utrzymania miejsca Polski w międzynarodowym podziale pracy.

 

Obojętny stosunek zjazdu „Solidarności” wobec problematyki innowacji technicznych można krytykować. Zasmucał. Z Olivii wyszedłem z innym wnioskiem. - Potwierdziła się stara prawda o niedostatkach proinnowacyjności wszystkich kolejnych ekip politycznych sprawujących rządy lub ubiegających się o objęcie władzy. Jesteśmy inni niż sąsiedzi, niż kraje dalekiej Azji? Plecami do wynalazcy i racjonalizatora?

 

Nazwisko pana Tadeusza spopularyzowane udziałem w gabinecie Mazowieckiego sprowokowało pewien kąśliwy dowcip. Reakcją na dość popularne wśród ludu stwierdzenie: „W rządzie polskim są sami Żydzi” było zaprzeczenie: „O nie, jest jeden Syryjczyk”.

 

Raz na wozie raz pod wozem

 

Ostatni akord pracy JWF prasie technicznej. Oficjalna autorka stanu wyjątkowego w PRL Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego przy współpracy Biura Prasy KC PZPR zadysponowało przeprowadzenie weryfikacji w mediach. Klasycznej czystki czyli – akcji jak dla bolszewika chleb powszedni. Eliminacja ma na celu pozbycie się wroga faktycznego i wyimaginowanego. Oczywiście, jak w każdej czystce tak i w tej, obowiązywała tylko jedna reguła: górą ci, którzy siedzą z drugiej strony stołu, naprzeciw weryfikowanego. Podsądny jeśli w ogóle stawi się na rozprawie, może przyjąć jedną z dwóch ról: może się kajać, albo nic nie mówić. Obojętne co powie, na ogół werdykt z góry ustalony. Tyle o czystkach wiedzieli wszyscy obywatele „demoludów” rządzeni przez gorliwie naśladujących sowieckie wzory postępowania. Ale my dziennikarze prasy technicznej nie szykowaliśmy się na żaden sąd, zwłaszcza na rozprawę polityczną. W Polsce, na początku stanu wojennego chyba  nikt nie podejrzewał, że czystka obejmie też prasę techniczną.

 

Przepisy tego nie zapowiadały. W dekrecie o stanie wojennym napisano: Wprowadzenie stanu wojennego powoduje m.in. czasowe: zawieszenie lub ograniczenie określonych w Konstytucji PRL… podstawowych praw obywateli, a w szczególności nietykalności osobistej, nienaruszalności mieszkań i tajemnicy korespondencji, prawa zrzeszania się, wolności słowa, druku, zgromadzeń, wieców, pochodów i manifestacji. Dalej, przepis karny dekretu przewidywał za naruszenie prawa stanu wojennego od pół roku do 5 lat odsiadki. Ale co wspólnego miałaby z tym mieć prasa techniczna? - Widocznie uznano, że miała wiele wspólnego.

 

Część redaktorów prasy technicznej trafiła więc do grona represjonowanych. Jeden z kolegów został internowany. Z publikacji Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wiemy, że w akcji na początku 1982 roku negatywnie zweryfikowano 10 proc. środowiska dziennikarskiego. W całej Polsce pracę straciło około dwa tysiące dziennikarzy w tym – wydaje mi się – ostro potraktowano przynajmniej kilkunastu z prasy technicznej.

 

Jeszcze w styczniu 1982 WRONA także nie przewidywała czystki w naszym wydawnictwie. Na przełomie stycznia i lutego weryfikatorów ściągnął na nas dyrektor Władysław Polesiński. Nie musiał tego robić. Był w stanie wyperswadować zwierzchnikom. Pytałem o to panią Wunderlichową, b.żonę dziennikarza TvP, kobietę roztropną, przez jakiś czas działaczkę PZPR. Potwierdziła: nie musiał. Ale cóż, okazało się, że stan wojenny jak każdy urzędowy akt przemocy, wyzwolił jednak inicjatywę miłośników igrzysk. W trybie obłędnej komuszej „weryfikacji”, dyrekcja wydawnictwa pozbyła się paru redaktorów. Oczywiście tylko tych, dla dyrekcji niewygodnych, nastawionych krytycznie. Niektórych kolegów nawet nie musiano z grona załogi eliminować. W proteście nie poddali się weryfikacji. Z mojej redakcji najmądrzej postąpił red. Stanisław Klimaszewski. Olał komisję WRON. Tak oto dyrektor pożal się Boże mgr W.Polesiński zamiast chronić kadrę, stanowiącą skarb firmy, dopuścił do jej przetrzebienia.

 

Polesiński kierował firmą do 1989 roku! 

 

 

Komisja – krzywa gęba władzy

 

Na dzień i godzinę w lutym 1982 redaktorzy otrzymali wezwanie przed sąd weryfikacyjny.  Jak się nie stawisz, jesteś automatycznie uznany za martwego.  Stanąłem przed komisją. Argument „za” stawieniem się był jeden. Próbowałem utrzymać zespół i kontynuować redagowanie zawieszonego „Tematu-wir”.  Nic z tego nie ugrałem.

 

Przesłuchują delikwenta funkcjonariusze Wrony. Siedzą za stołem, dziwnie sztuczni. Pozorowanie w świadomości złych intencji. Jak aktorzy w charakteryzatorni robią  się na swoich chłopaków. Ludek warszawski  intruzów wkraczających na imprezę z przylepionym, wymuszonym uśmiechem mówi dostał się: „na krzywy ryj”. Pośrodku kapitan wojskowy w cywilu, nieudolnie udający najlepszego „swojego chłopa” i wesołka. Obok patrzący jak goryl spode łba, wice sekretarz generalny NOT, znam go od dość dawna, wiem że zawsze lubił się chwalić układami w kręgach ubeckich. Z lewej strony bladolicy dyrektor WCT klęska NOT. I jeszcze ktoś tam, też z bladym uśmiechem przylepionym do twarzy.

 

- Tacy właśnie wroni „weryfikatorzy” dziennikarstwa ogłaszają w lutym 1982, że JWF jest „be” ponieważ nie tylko nie zwalczał „Solidarności”, ale nawet jej sprzyjał. Forowiczowi nie wolno pracować w tym fachu. W  końcowej fazie swoich mozołów weryfikatorzy zadbali jeszcze o zatarcie śladów decyzji. Nie dostajesz żadnego protokółu prowadzonego przesłuchania. Po jakimś czasie dział kadr zakomunikuje rozwiązanie umowy o pracę. Do tego zapowie wypłatę wynagrodzenia za trzy miesiące naprzód. Poznasz jeszcze klauzulę końcową o treści „bez obowiązku świadczenia pracy”.

 

W lutym 1982 nic nowego, metody znane od czasów sowieckiej „czeki”. Może tylko z tą różnicą, że nie skazują na rozstrzelanie. Jak Polak może po tylu fatalnych doświadczeniach obdarzać zaufaniem lewactwo w jego wydaniu moskiewskim, zatrutym logiką plemion azjatyckich albo propagować nad Wisłą lewactwo trockistowskie w wydaniu zachodnim.

 

Nagrody za niekompetencję

 

Kadrowe zawirowania po wprowadzeniu stanu wojennego, w naszym wydawnictwie przyniosły zatrute owoce. Prasa techniczna już nigdy nie odzyskała pozycji z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.  Onże wojskowy kapitan, przybyły z MON wroni weryfikator, wkrótce z łaskawą akceptacją WSI zostaje pracownikiem kontrolowanego przez siebie wydawnictwa usadowiony w fotelu redaktora naczelnego „Przeglądu Technicznego”. Następnie, już jako pułkownik w stanie spoczynku przechodzi do PAP piastować funkcję dyrektorską. 

 

Inny członek komisji weryfikacyjnej, wice sekretarz generalny NOT został wiceszefem pewnego instytutu naukowo-technicznego; z litości dla pracowników instytutu nie wymieniam nazwy.

 

W pierwszych latach stanu wojennego kryzys gospodarczy narasta. Pewnego dnia w 1982 roku pojawia się w nim nowa postać, dyrektor ds. ekonomicznych Tadeusz Rejn. Na majątku firmy powołuje się spółkę. Redukują liczbę tytułów. Prawa do niektórych renomowanych tytułów sprzedawane są jak za cenę śmieci. Media tego nie zauważają. Uwagę opinii publicznej przyciągną losy wielkich firm, a czym wobec nich WCT NOT czyli od później „Sigma-NOT”.  Wartości prasy technicznej nie raczy dostrzec żaden organ państwa powołany do ochrony dobra narodowego. Nadrzędna nad dyrekcją wydawnictwa, Naczelna Organizacja Techniczna sprowadziła czynności nadzoru właścicielskiego do zera.

 

Dyrektor wydawnictwa prasie technicznej ani trochę nie pomógł. Ale protektorzy przyszykowali mu lądowanie bardzo miękkie. W latach stanu wojennego został docenionym powiernikiem  interesów gospodarczych władzy. Świadczy o tym przerodzenie się w biznesmena. W latach transformacji założył hurtownię. Do niej jakoś tak łatwo dopływały intratne zamówienia, Świetnie prosperował.  Szybko stał się kapitalistą i po dzień dzisiejszy nadal jeszcze jest wielkim przedsiębiorcą branży sanitarnej. Na swoje nieudolne kierowanie wydawnictwem próbował nasunąć zasłonę niepamięci. Po latach, już jako biznesmen udziela wywiadu jednemu z dzienników, że niby teraz taki dobry organizator.

 

Na koniec mała dygresja: zawirowania stanu wojennego cwaniacy wykorzystywali jak tylko najlepiej umieli. Czasem któryś „zaufany” zbyt zachłanny dawał niezłą plamę. Cała Polska trzęsła się ze śmiechu, gdy np. wojskowemu namiestnikowi (komisarzowi) posłanemu przez WRONĘ do nadzorowania prawidłowości pracy Urzędu Wojewódzkiego w Suwalskiem, udowodniono szczególny rodzaj aktywności. Okazało się, że w weekendy pan pułkownik komisarz sam na wielką skalę zaczął tam pędzić bimber.

 

Likwidacja

 

Co było robić. Przygodę z prasą techniczną zakończyłem. Wskutek stanu wojennego swoje życie zawodowe przegrało wiele milionów Polaków. – W moim przypadku - prawie z kretesem, - Prawie z kretesem, bo chcieli abym wypadł zawodu, ale miało się stać inaczej.

 

Stan wojenny trwa. Większość etatowych partyjnych weszła w rolę gorliwych wykonawców poleceń WRONY. Część z  funkcjonariuszy aparatu partyjnego nie zdawała sobie sprawy, że popierając Jaruzelskiego przyczyniają się do upadku swojej PZPR. WRONA przyznawszy prymat tajnym służbom wojska wypchnęła PZPR na margines. Tajne służby w armii zatrudniają wielu wybitnie inteligentnych osobników ale ich kompetencja w sprawach cywilnych problematyczna.   WRONA wydała zatrute owoce. Zaszczepiła nieufność Polaka wobec Polaka.

 

Bezrobotny zna szczególny rodzaj dyskomfortu bytu. – Chwieje się w marzeniach o lepszej przyszłości. Wraz z  „Solidarnością” przeżywa trudne chwile, jeednak nie wyrzeka się planu poprawy. Przemokłem ale trochę pomógł impregnat przeciwdeszczowy. Jak większość Polaków i ja urodziłem się do wolności.  Zapewniam, że wtedy w lutym 1982, ani bezrobocie, ani zakaz dziennikarstwa za bardzo mnie nie zdołowały.

 

Wściekły byłem, owszem. Ale też bardzo samotny. Nie miałem się z kim podzielić odczuciami; w domu gorzej niż wśród obcych. Jednym z przyjaciół w biedzie okazał się zawsze skory do rozmów i dyskusji Stasio Klimaszewski.

 

Ulotki w błocie

 

Ani myślałem słuchać zakazu uprawiania zawodu. Postanowione: - Nie będę się obnosił po Warszawie z porażką, agenci Wrony nie usłyszą lamentów niezweryfikowanego. Nikt mi nie narzuci zmiany zawodu. Pozostanę w dotychczasowym fachu, przede wszystkim dlatego, że się nieźle na tej robocie znam.

 

- Co ważne, na pierwsze miesiące roku zachowałem jeszcze dość pieniędzy by zapewnić jakie takie utrzymanie rodziny. Wierzyłem, że rychło znowu zacznę zarabiać. Aby tak się stało zacząłem się rozglądać za robotą. W poszukiwaniach nieźle naszlifowałem bruków.

 

Któregoś marcowego dnia w 1982 roku po kolejnym etapie szwendania się od redakcji do redakcji, wracam ciemnym wieczorem do domu. Tramwaje dowoziły tylko do zajezdni przy ul.bpa J.P.Woronicza.  Stamtąd idąc piechotą w stronę Al.Lotników trafiam na jakieś rozrzucone po chodniku świstki. To tylko wygląda na śmietnik. Po śniegu wala się masa rozrzuconych kartek niewielkich jak nalepka z pudełka od papierosów. Szeroki chodnik, żadnych zabudowań w pobliżu. Podniosłem jedną, odczytałem z niej parę słów wezwania: zarejestrować nowe związki zawodowe. Nieco wcześniej szedł tędy ktoś rozpowszechniający ulotki z nazwą „Solidarność”. Jak wyglądał człowiek, który te kartki rozrzucił? Tyle papierków na raz! Wyglądało na to, że działał w popłochu. Musiał się czegoś wystraszyć. A może lekceważył swoją misję i wcale nie zamierzał nadstawiać głowy za te wszystkie hasła? Może tylko pozorował, przed kumplami udawał. że skutecznie pracuje na rzecz opozycji demokratycznej?  Żeby udawać, pomyślałem, musiałby być osobnikiem zdemoralizowanym.  W końcu marnował nie tylko jakieś tam świstki, ale także spory ładunek ryzyka. Jego koledzy kręcąc powielaczem i szykując ten pakiet, jeszcze parę godzin temu  rzeczywiście nadstawiali głowę.

 

Tak sobie rozmyślałem w drodze do domu. Od Woronicza do Al.Lotników to tylko kilkanaście minut marszu. Będąc u celu, już o tych ulotkach nie pamiętam.

 

Wybiegnę nieco w przyszłość, do 1990 roku. Widok owych  ulotek rzuconych w błoto przypomniał się po parunastu latach od tego zdarzenia, gdy premier Tadeusz Mazowiecki zaczął sprzedawać „Rzeczpospolitą”, w redakcji zaczęły się ruchy kadrowe. Pojawili się młodzi próbujący dziennikarstwa. Nie wszyscy dobrze wychowani. Włazi ci taki do pokoju redakcyjnego, rozsiada przy biurku obok i nie pytany zaczyna deklamować jakie to ma zasługi z podziemia. Ni z gruszki ni z pietruszki. Słyszę, że  uczestniczył w roznoszeniu zakazanych druków. Niektórzy jakoś tak gorliwie przechwalają się kombatanctwem, że w ogóle nie ciekawi ich do kogo mówią, jaka była kiedyś twoja rola. Sierotom po przechwałkach nie dowierzałem. Poznani, autentyczni działacze na rzecz demokratyzacji zachowywali godność.  Oni auto propagandy nie uprawiali. Nic więc na to nie poradzę, że co opowieść chłoptasia, obraz rozsypanych, zmarnowanych ulotek natychmiast powracał.  Niech wybaczy ten kogo bulwersuję.

 

Najtrudniejszy okres w dotychczasowym życiu zawodowym. - Mija pół roku od wypowiedzenia umowy o pracę. Jest grudzień 1982 roku. Zapas gotówki stopniał. Nie lenię się. Piszę teksty pod nazwiskiem bliskiej mi osoby, przynosi to zarobek, ale nie jest odpowiednim dla mnie rozwiązaniem. Muszę wymyśleć jakiś sposób na przerwanie przedłużającego się stanu bezrobocia. Zwłaszcza, że komplikuje się sytuacja rodzinna. Żona od męża oczekuje pieniędzy. To nic dziwnego. Ale czy muszą przydarzać się coraz mniej sympatyczne  sceny domowe? Często na oczach potomstwa, wtedy serce się kraje. – Draki inicjowane z absolutnym lekceważeniem psychiki obecnego przy tym pięciolatka i jego młodszego trzy i pół rocznego brata. To już bardzo źle. Myślę o nich. Wiem, że dałem im dach nad głową, głodni nie chodzą. Ale nie w takiej atmosferze powinni wzrastać. Zbliża się czas nowych rozstrzygnięć.

 

Wreszcie musi się udać

 

W walce o robotę mogłeś skorzystać z różnych wzorów postępowania. Poszkodowani przez Wronę dziennikarze jakoś jednak zaczynają odnajdywać się w zawodzie.  Różne mieli na to pomysły. Stefan Bratkowski podjął pracę w dwumiesięczniku dla osób niedowidzących, tytuł  „Niewidomy Spółdzielca”. Dziennikarze wyrzuceni z „Kuriera Polskiego” skupili się w małej firmie „Omnipress” żyją z handlu odpadami produkcyjnymi. Kolega z mojej redakcji został ogrodnikiem w jednej z ambasad. Oczywiście, na jakiś czas rozstają się z zawodem.  Popularny publicysta „Życia Warszawy” Kuśmierek zrywa z nim definitywnie; pojechał na odległą wieś podwarszawską żeby założyć hodowlę świń.

 

JWF trochę inaczej. Trzyma się dziennikarstwa. Zostanie w Warszawie. Nadal produkuje artykuły, tyle ze podpisywane pseudonimem, dla zmylenia prześladowców    damskim.  Seria publikacji trafiła m.in. do działu nauki „Rzeczpospolitej”. Czyli ten prawdziwy redaktor prasy technicznej zarabia teraz piórem  w prasie codziennej korzystnie weryfikując swój warsztat. Dojrzewają ważne korekty planów zawodowych. Dobrym celem moich przyszłych dążeń będzie zmiana specjalizacji dziennikarskiej.  Ale nic nie idzie gładko. JWF nawet nie przypuszcza, ilu fałszywych przyjaciół się teraz do niego przylepi, ilu „bezinteresownie” dołoży starań, by szkodzić by złem odpłacić za przysługę.

 

Postanowiłem: - Zamknę etap redaktorski prasy technicznej. Parę nowych rzeczy do jej dorobku wniosłem. Nie dane był wywalczyć więcej. Pamiętam o prof. Bukowskim, któremu trzeba oszczędzić  co z tą prasą  zrobili nieudani dyrektorzy i ich partyjni baronowie. Załamałyby ręce w geście wstydu i zażenowania. Zmarł w połowie 1982 gdy ja szlifowałem bruki. Nie udało się zmontować koncernu wydawniczego NOT.

 

Drugiego w moim w pełni dorosłym życiu etapu pracy zawodowej, mimo wszystko co mi w „Sigmie” na koniec zafundowano, nie zaliczam do porażek. Oprócz osób mniej godnych zapamiętania spotkałem postaci wspaniałe. Razem sporo dobrego się zrobiło. Teraz wkraczam w trzeci etap.   Chcę się dostać do renomowanej firmy w prasie codziennej. W niej będę mógł znowu zadbać o nazwisko. Nigdy nie zwątpiłem; ktoś z góry prowadzi mnie. Szczęśliwy los wskazał bramy dziennika „Rzeczpospolita”.

 

 

 

Pisał: Jan Forowicz, Warszawa, sierpień 2010 roku, uzupełnione w 2015

Wspomnienia składają się z odcinków tylko z grubsza poukładanych chronologicznie. Nie zostały poddane korekcie redakcyjnej.

 

 

 

 

Back

 



[1]/  prof. Jerzy Bukowski 1902-1982, aerodynamik, konstruktor śmigieł, autor podręcznika „Mechanika płynów”, kilkakrotnie wybierany na rektora Politechniki Warszawskiej,  przewodniczył Radzie Głównej NOT, poseł na Sejm w okresie poodwilżowym, osoba o wielkich zasługach w walce o demokratyzację w PRL. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku prawował osobisty patronat nad Redakcją Tygodnika Studenckiego „Politechnik”.  Podczas rzutu kulą sfotografował Profesora red. Zygmunt Gutowski, organizator imprezy sportowej.

[2] / do tej literatury zalicza się publikacje podejmujące temat tzw. rozliczenia błędów i wypaczeń pierwszych lat po II wojnie światowej zaliczanego do – stosując określenia marksistowskie - okresu „dyktatury proletariatu”. Obecnie krytyka sceptycznie odnosi się do szczerości tych dzieł zarzucając, iż autorami byli głównie ci, którzy jeszcze niedawno wdzięcząc się do PZPR najbardziej szkodzili bliźnim teraz nagle  postanowili zrzucać z siebie odpowiedzialność za lizusowskie zachowania.

[3] / NKWD – skrót nazwy sowieckiej służby bezpieczeństwa, po przekładzie na język polski: Ludowy Komisariat Spraw  Wewnętrznych ZSRR. Doktrynalnie uważał sprawy Polskie za „wewnętrzne” ZSRR.

[4]/ Jako przykład tak pojmowanej łaski władz przyszedł mi na myśl Władysław Moes syn przedsiębiorców z Wierbki k.Zawiercia. Przy okazji, pan Władysław to pierwowzór postaci Adzia z kilkakrotnie filmowanego opowiadania „Śmierć w Wenecji” Tomasza Mana. Na starość długo zamieszkiwał w wybudowanym domku jednorodzinnym po sąsiedzku z domem Jeanette w Komorowie k.Pruszkowa.

[5] / Po latach, już w III RP, salon warszawski próbował kwestionować a nawet wyszydzać aspekt patriotyczny polityki tych przywódców. Paradoks polega na tym, że po zmianie ustrojowej W lach 1989-2015 zupełnie inne, następne  rządy będą próbowały poderwać dumę Polaków z polskości.

[6] / zapis z bodajże 1967 roku zachował się w archiwum TvP; czterdzieści kilka lat później fragment programu I.Dziedzic był  przytaczany w jednym z magazynów studyjnych Manna-Wasowskiego (na antenie TvP Kultura 2012 r). Po emisji gruby Mann próbował pokpiwać z motywacji studentów wyrażających chęć rzetelnej służby obywatelom zarejestrowanej przez kamery.

[7]/ Funkcje prasy technicznej przedstawił Feliks Czeranowski,  na  str. 196

www. bazhum.muzhp.pl/media//files/Rocznik_Historii_Czasopismiennictwa_Polskiego

[8] / Nadzwyczaj popularna wtedy „trójka” Polskiego Radia nadawała co tydzień audycję Jerzego Waglewskiego  „Nowoczesność plus Technika”.  W TV „Eurekę” prowadził Jerzy Wunderlich. Ciekawostka - znajomości z tymi dziennikarzami utrwaliły się na lata. Jerzy Waglewski poprosił kiedyś o zatrudnienie w mojej redakcji na jeden rok Wojciecha, swego syna dzisiaj znakomitego muzyka. Wojtek był po maturze a zaświadczenie z rocznej pracy miało mu dopomóc w staraniach o przyjęcie na studia socjologiczne. Zamiłowania muzyczne wzięły górę. Od red. Barbary Waglewskiej jego mamy, koleżanki z Wydawnictwa słyszałem, że bardzo młody Waglewski sam wystrugał sobie z drewna pierwszą gitarę elektryczną.

[9] / Tytuł ukazywał się przez 44 lata do 1992 roku prowadzony pod koniec przez red. I.Bretes i red. T.Niemca

[10] /  stan do 2000 roku

[11] /  Był to okres tzw. odżydzania szefostwa resortu bezpieczeństwa – jeśli użyć terminologii użytej w recenzjach  bogatej źródłowo książki Zbigniewa Siemiątkowskiego „Wywiad a władza” (Wydawnictwo Aspra 2009).

[12] /  młodszy oficer, przypuszczalnie porucznik – wtedy obowiązywały identyczne nazwy stopni funkcjonariuszy służb mundurowych milicji i wojska.

[13] /  Dopiero w lipcu 2010 roku, po udostępnieniu przez IPN niestety skąpych danych (wypis z dziennika archiwalnego SUSW) można tylko spekulować, że ktoś w SB uznał mnie za „kandydata” do pozyskania.

 

[14] /  Obszerne omówienie koncepcji realizowanej z podkreśleniem roli korespondentów terenowych ukazało się w kwartalniku „Prasa Techniczna” nr 2 z 1980 r.

[15] /  Prof. Sołtysiński był bardzo znany w kręgach gospodarczych Polski i USA. Oprócz działalności naukowej, w 1975 roku podjął się reprezentacji polskiej firmy eksportowej w otwartym przed sądem amerykańskim procesie z konkurencją. Wybronił  eksporterów wózka golfowego „Melex  z zarzutu sprzedaży tego wyrobu na terenie USA po cenach dumpingowych. Tym samym cofnięte zostało nałożone tam bezpodstawnie  cło antydumpingowe.

[16]  /  Ojciec Jolanty Szymanek Deresz – jednej z ofiar katastrofy Smoleńskiej 4 kwietnia 2010 roku.

[17] /  Naukowcom krakowskim udostępniłem pod koniec lat siedemdziesiątych miejsce w „Temacie” na redagowanie zamieszczanej specjalnej kolumny „Z prac Międzyuczelnianego Instytutu Wynalazczości i Ochrony Własności Intelektualnej” powołanego przy Uniwersytecie Jagiellońskim.

[18]/  Władysław Kółeczko (1932-2006) , jego osoba stała się bohaterem mojego tekstu w „Rzeczpospolitej” w  numerze 213 z września 1987 z cyklu „Polak ’87. Mowa tam o niepoddawaniu się przeciwnościom.

[19]/ Z rodu Terajewiczów wspomnianych w „Panu Tadeuszu”. Specjalista ginekologii i  położnictwa. Nieodżałowany przyjaciel zmarł w 2014 w wieku 74.

[20]/  patrz: „Jak zostać prominentem”, Wyd.KAW 1988

[21] / Harcerze z wdzięczności zrewanżowali się nadaniem odznaczenia Krzyż Zasługi dla ZHP.

[22]/ Głównym pomysłodawcami byli red. Jerzy Waglewski z PR III, JWF z „Tematu” i red. Tadeusz Sznuk z TVP.   –– „Wymarzone radio dla każdego”  przez  wiele lat było najpopularniejsze na nowo tworzącym się rynku stereofonicznym. Było produkowany  od 1976 do 1985 roku.

 

[23]/ dotknęło także mojej zacnej osoby; Polesiński i przyboczny Adaś  wpłynęli na wydanie w lutym 1982 negatywnego orzeczenia powołanej przez Wronę tzw. komisji weryfikacyjnej dziennikarzy

 

[24]/   dr Kazimierz Janusz, pracownik naukowy na Wtdziale Fizyki Politechniki Warszawskiej, b. redaktor  miesięcznika notowskiego „Inżynieria i Budownictwo”. W latach siedemdziesiątych podpadł władzom za podpisanie „Listu otwartego do Sejmu PRL ws. powołania komisji sejmowej do zbadania wydarzeń w Ursusie i Radomiu”. W tym czasie powoływał też do życia Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela.

[25]/  Monaszka – zakonnica; w ZSRR uważano, że monaszki są na wymarciu, ergo - muszą być stare i brzydkie

[26]/   Pisałem o tym w części wspomnień „Prasa to potęga”

[27] / Mowa o numerze 22, opóźnionym w produkcji. Spóźnienia były plagą, która dotknęła całą prasę za wyjątkiem kilku tytułów miłych Komitetowi Centralnemu PZPR.  Materiały do następnego numeru 23, który miał się ukazać 15 grudnia 1981 był już w drukarni. Materiały numeru 23 i ich kopie zaginęły całkowicie. Rozpłynęły się w ciemnościach nocy stanu wojennego.

[28] / Ministrem był dwukrotnie, z tym, że w rządzie premiera Jerzego Buzka było mu dane odpowiadać za transport i gospodarkę morską. Pod jego kierunkiem w rządzie AWS obydwie te dziedziny gospodarki dołowały.