Back

Jan Forowicz (JWF)

Rzeszów – czas matury

 

Jak się ma ojca geodetę, to za nim często trzeba wędrować. W związku z przeniesieniami służbowymi Taty[1]/ zmieniałem już w wieku sześciu lat szkołę podstawową w Sanoku na mielecką. Mam czternaście i już na początku nauki w dziewiątej klasie przechodzę z liceum mieleckiego do rzeszowskiego.

 

Gdy Tato w połowie 1953 roku objął stanowisko dyrektorskie w Urzędzie Wojewódzkim, troskliwe władze wojewódzkie Rzeszowa przyrzekły przydzielenie mu mieszkania kwaterunkowego. Poprzednie, w Mielcu mieliśmy oddać. Ale z nowym przydziałem wynikły opóźnienia przeprowadzkowe. Mama zaczynała już podejrzewać, że za wszystkim stoi inna kobieta, że małżonek w odległym mieście znalazł sobie jakąś flamę bo nas zbyt długo trzyma w oddaleniu. Wreszcie, mieszkanie rzeszowskie było gotowe. Przeprowadzaliśmy się w okresie jesiennym. Dobytek znowu jechał półtoratonową ciężarówką. Na zachodnich rogatkach Rzeszowa, niedaleko koszarów stały jeszcze budy z posterunkami kontroli ruchu ludzi i pojazdów. Wyobrażasz sobie dzisiaj szlaban w poprzek szosy krakowskiej?

 

Solidna kamienica przy ul.Krasińskiego[2] /  nr 6  zbudowana została przed II wojną światową. W czasie okupacji Niemcy ulokowali w niej jakiś groźny urząd, może nawet gestapo.  Podczas readaptacji na budynek mieszkalny, murarze musieli usuwać ze ścian całe wiązki przewodów.  Okna parterowego mieszkania wychodziły na niebrukowaną wtedy ulicę. Po jej drugiej stronie, poprzez błocko  miałem widok na niedużą fabryczkę mydła, świec, pasty do butów i temu podobnych potrzebnych rzeczy. Fabryczkę rozebrano w latach pięćdziesiatych. Na jej miejscu jest teraz rondo. Gdybym tam do dzisiaj mieszkał, teraz musiałbym patrzyć na zakłady poligraficzne. Nieco dalej PKS urządził sobie bazę. Już po naszym tam zamieszkaniu, aby autobusy miały wygodniej, ulicę wyłożono granitową kostką. Założone zostało oświetlenie. Przy okazji wybrukowali poprzeczną, znacznie dłuższą i ważniejszą dla miasta ulicę Kazimierza Pułaskiego. Budynku Straży Pożarnej jeszcze wtedy nie było.  Na rogu Puławskiego i Krasińskiego działał sklepik artykułów spożywczych PSS. Mama, jego nowa klientka, weszła skład społecznego komitetu sklepowego. Miała mobilizować klientów do współpracy (współpracy z kim – tego nie wiem). 

 

Populacja adresatów czyli grono przez mamę mobilizowane wąskie było, powiem więcej: chyba ograniczyło się do mojej osoby. Jako zmobilizowany do współpracy zostałem mianowicie poproszony o namalowanie plakatu o treści „Jedzcie dorsze!”.  W tamtych czasach ubożyzny zaopatrzeniowej w sklepach jakimś cudem stale pojawiały się dorsze. Widocznie rybacy czynili swoje. Na śródlądziu kontraktowane były wieprzki, ale mięsa z uboju prawie nie widywano. Efekt łatwy do przewidzenia; klienci sklepowi  już tych dorszy mieli dość. Ale cóż, z Warszawy przyszła pewnie jakaś dyrektywa korygująca w tej kwestii zachowanie personelu sklepowego PSS. Materiały do sporządzenia plakatu musiałem dostarczyć sam. Dzieło miało format około 70x50 cm. Cechowała go oszczędność użycia środków artystycznych. Pod łukowo ułożonym napisem autor przedstawił rybę. O wierność odwzorowania nie zadbał. Skojarzenia wywoływane u widza wydawały się nazbyt oczywiste. Tło było jednolite, granatowo zielone.  Plakat został zawieszony w sklepie na najlepiej widocznym miejscu, za ladą. Można przypuszczać, że służył jako argument ostateczny w rozmowie z klientami próbującymi wykręcać się od zakupu dorszy.                   

 

W zaułkach budynku szkolnego zachowały się freski malowane przez o.pijarów.  Jeszcze więcej fresków zobaczysz na  ścianach Muzeum, w symetrycznej części kompleksu popijarskiego.  fot.JWF

 

Piękny hall szkoły, piękne uszanowane  tradycje  .fot.arch.

 

Jestem przyjęty do rzeszowskiego Liceum Ogólnokształcącego nr I przy ul. 3 Maja. To zasłużona szkoła męska. W moich czasach często zamiennie używano na jej określenie wyrazu gimnazjum (pomiędzy szkołą podstawową a uczelnią wyższą był tylko jeden rodzaj szkoły średniej czteroletniej o charakterze ogólnokształcącym lub pięcioletnich - kształcącej techników). Ufundowana została w 1658 r. przez Zofię Pudencjannę z Ligęzów i jej szwagra księcia Jerzego Lubomirskiego - hetmana i marszałka Polski. Uczył w niej Stanisław Konarski, wielka postać historyczna, patron. Moje liceum mieleckie miało tego samego patrona. Wychowankiem „budy” rzeszowskiej był Ignacy Łukasiewicz aptekarz, pionier  oświetlenia naftowego.

 Tu  pobierał nauki premier rządu polskiego, generał Władysław Sikorski. Do liceum a równocześnie na zajęcia w szkole muzycznej uczęszczał tu w latach 1946-47 Wojciech Kilar. W 1955 roku rzeszowianin Adam Harasiewicz tryumfował w Konkursie Szopenowskim. Słuchałem go w auli naszej szkoły. Koncertował po przejściu etapu kwalifikacji do udziału w konkursie. Jeszcze nie wiedział wtedy, że wygra. W tej auli śpiewał wobec młodszych kolegów robiący wielką karierę operową rzeszowianin Kazimierz Pustelak, tenor, fenomenalny góral w „Harnasiach” Szymanowskiego. Odwiedziwszy szkołę, z tego samego podium deklamował wiersze Aleksander Zelwerowicz, legenda teatru polskiego. Dużo tych sławnych postaci ma związki z naszym liceum. Nie sposób wszystkich wymienić. Zakończę akcentem  nieobojętnym dla miłośników przyrody. Stąd w 1905 roku wyjechał do Lwowa po tytuł twórcy polskiej ekologii późniejszy rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Władysław Szafer, wielki naukowiec, podziwu godny również za dar łączenia europejskości z polskością, który nota bene - jakże miałbym tego nie zauważyć - szkołę podstawową kończył w Mielcu.

 

Liceum ma trzy i pół wieku. Jakże mało się nim szczycimy. Warszawa zapatrzona w siebie wychwala jakieś szkoły, owszem też bardzo dobre, ale z tradycją trzy razy krótszą.  A takie wiekowe są jak dobrze wyleżakowane, rubinowe wino wytrawne. Osobom lekkomyślnym wydaje się, że równie dobre są „budy” młodsze, ale rozreklamowane. Mylą się. Coś bardziej okrzyczanego nie musi być warte nawet ćwierci tego, co bez hałasu, dumnie trwa w uzasadnionym tradycją poczuciu wartości własnej. Inaczej myślą tylko ci, którzy nie znajdują przyjemności w obcowaniu z rzeczami solidnymi. Kto chciałby widzieć co sugeruję, niech sięgnie po książkę „Szkoła charakterów”.  Po przeczytaniu lepiej czuje się ducha Galicji i Lodomerii.

 

Zatem jest jesień roku 1953. Po wpisaniu na listę uczniów, z największą przyjemnością zanurzam się w półmrok nieznanych mi jeszcze szkolnych zakamarków. Najpierw zaimponowały łukowe sklepienia. Później klatka schodowa z rzeźbami. Chodząc z klasy do gabinetu chemicznego, czy biologicznego, krocząc pod łukowymi stropami po starych, smarowanych terem drewnianych podłogach, mijając drewniane tellurium, próbowałem łapać w nozdrza zapach dawności, może nawet atmosferę czasów ks.Stanisława Konarskiego. Cieszyłem się, że w czasie przerw porządku pilnuje tercjan. Chłonąłem tradycję mając pewność, że się na niej zawieść nie można. Wszystko to łączyło się z atmosferą domu rodzinnego, która została przechowana w rozmowach rodziców, albumach fotograficznych i szczęśliwie uratowanych nielicznych pamiątkach.

Jan Bąk  i Jan Mikuła w oknie klasy XI „c”  dawniej mieścił się tu gabinetu fizyki; parter od strony sali gimnastycznej. fot.JWF

 

 

Przybysz z Mielca natrafił w nowej szkole na pewien szczególny kłopot. Inny był zestaw nauczanych języków obcych. Oczywiście, wszędzie obowiązkowy był rosyjski. W liceum mieleckim, poza językiem rosyjskim przeszedłem tylko początki angielskiego. Liceum rzeszowskie dużo silniej podlegało tradycji galicyjskiej i chyba dlatego pierwszeństwo należało tu do niemieckiego i łaciny. Zajęcia z języka francuskiego miały już status nadobowiązkowych. Przez dwa lata prowadziła je dystyngowana Jadwiga Olga Lippman. Chyba nie miała nawet etatu pedagogicznego; w liceum pracowała jako bibliotekarka. Niemieckiego pełną parą uczył doskonały pedagog germanista prof. Mieczysław Perdeus. Oprócz germanisty szkoła miała znakomitego łacinnika prof. Romualda Rodzonia.

 

Z myślą o lepszym wykorzystaniu nauczycieli, w 1953 dyrekcja reorganizowała skład uczniowski IX klas. Uzgodniwszy z rodzicami wybrałem niemiecki. Miałem się uczyć całkiem nowego dla mnie języka sąsiadów zza Odry. Ale z tym wyborem wiązała się konieczność szybkiego uzupełnienia braków. Tato zwrócił się do prof.Perdeusa o udzielenie mi odpłatnych korepetycji.

 

- Były to jedyne kiedykolwiek pobierane przeze mnie korepetycje. Później sam ich udzielałem z różnych przedmiotów ścisłych w Rzeszowie i Krakowie. Tak wyglądały pierwsze zarobki dodatkowe JWF - jeśli pominąć otrzymywane w Mielcu grosze ze sprzedaży surowców wtórnych i butelek. Udzielanie korepetycji - zawsze  niezły interes. Zwłaszcza dla tych, którzy sami się dobrze uczą, bez opłacania popychaczy. Generalnie rzecz biorąc, wśród nas, braci z I Liceum, douczanie się „na korkach” było wtedy uważane za  rzecz wstydliwą. Jeśli potrzebowałeś korepetytora, to znaczyło po prostu, że jesteś tępawy. Dzisiaj wielu widzi to inaczej. W rezultacie co drugi leń lata na „korki”. Ma  nadzieję, że ktoś za pieniądze rodziców zrobi  za niego to, do czego trzeba dojść własnym wysiłkiem.

 

Uczniowie to niesforne towarzystwo. Profesor  Perdeus  obdarzony został ksywką „kaktus”. - Niski wzrostem, bardzo energiczny, szkolny tyran. Wyniki w nauczaniu miał jednak fantastyczne, zarówno w klasie jak i na korepetycjach.  Błyskawicznie nadrobiłem półtoraroczne opóźnienie. Wprowadził mnie w język niemiecki po trzech miesiącach korepetycji. Było tego chyba dwa razy po godzinie tygodniowo. Wobec wszystkich podopiecznych prowadził intensywną kontrolę postępów w gramatyce, zwłaszcza posługiwania się ulubioną przez Niemców stroną bierną oraz stosowania odpowiednich końcówek rodzajników (Das Pronomen) w zależności od składu zdania (syntaktyka).  Wymagał deklamowania śpiewnych wersetów jak te z ballady Goethego „Der Erlkoenig” oraz czytania w domu a następnie streszczania mu jakichś tekstów współczesnych, najczęściej artykułów z kolorowego miesięcznika „DDR”.  Cały czas lekcji przebiegał wyłącznie w tym języku. To dało zaskakująco dobre rezultaty. Po latach, od rozmówców, rodowitych Niemców nie raz otrzymywałem pochwały za dość płynne posługiwanie się, stosowanie właściwych końcówek odmienianych zaimków i  za poprawną gramatycznie budowę zdań.  Miło słyszeć, ale te pochwały należały się nie mnie lecz profesorowi Perdeusowi. Niestety, wysłuchuje ich już w zaświatach. Zmarł ok.2000 roku przeżywszy 91 lat. Gott hab ihn selig!

 

A więc wtedy częściej mówiło się: chodzę do gimnazjum niż do liceum. W bramie i na terowanych korytarzach rezydował tercjan. Swoją obecnością ograniczał zbyt rozbrykanych kolegów. Z nami za wiele kłopotu jednak nie miał. Chyba ani razu nie zamieniłem z nim nawet paru słów.

 

prof. Krzyżanowski

w takcie lekcji chemii, fot JWF

 

Kiedy wspominamy nauczycieli, zazwyczaj jako pierwsi przychodzą na myśl specjaliści przedmiotów humanistycznych albo nauk ścisłych. Rzeczywiście, także w tej dziedzinie I LO miało doskonałych pedagogów i znawców takich dziedzin. Uczestnicząc w lekcjach chciało się z nimi współpracować, oczywiście dla własnego dobra. Tak właśnie działa autorytet. Część z nich podejmowała nawet pracę na uczelniach wyższych przechodząc od nas do kształcenia studentów.

 

Izba Pamięci Juliana Przybosia  we wsi Gwoźnica Górna k.Lutczy.

                                                                                          fot wikipedia

 

Chemii uczył znakomity, choć - zdaniem niektórych - nieco zbyt oryginalny pedagog prof.Krzyżanowski. W czasie zajęć zdarzało mu się robić odległe dygresje świadczące o znerwicowaniu po jakichś domowych sporach z małżonką, też nauczycielką. Trudno było przewidzieć jak przebiegnie kolejna prowadzona przez niego lekcja. Lubiłem go. Miał duszę odlotowego naukowca, który w chwili jakiegoś olśnienia, rozwiązując ciekawe zagadnienie potrafi zapomnieć o bożym świecie. Uczniowie nie przeszkadzali. W takim właśnie momencie zrobiłem mu tę fotografię. Klasa zachowywała spokój. Ciszę przerwał trzask migawki. Krzyżanowski pisał dalej.

 

W pierwszym roku mojego pobytu w tej szkole zajęcia z języka polskiego prowadził prof. Marian Szpunar.  Mówiono o nim po cichu, że przed wojną był w Legionach Piłsudskiego. Po cichu, bo partia robotniczo-chłopska ledwie tę obecność w szkole tolerowała. Marszałek i jego żołnierze byli z definicji wrogiem, ale podówczas partia miała w umacnianiu „rządów ludu” dużo pilniejsze zadania. Więc prof.Szpunarowi jakoś się do skóry nie dobierali. Nigdy później nie spotkałem się z wykładem tak klarownym, uporządkowanym i z tak sensownie określanym obowiązkiem ucznia. Miał zwyczaj wygłaszać krótkie mowy podsumowujące temat lekcji i wymagał, by w zeszytach było to odnotowane w kilku zaledwie zdaniach. Żadnych zbędnych słów. Wrażliwość na literaturę to rzecz zbyt intymna jak na to, żeby ją zagadać – podkreślał. W wyższych klasach język polski prowadził prof.Długosz osoba bardzo skupiona na wykonywanym obowiązku poszerzania naszych horyzontów intelektualnych. Z profesury w liceum przeszedł do pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim.

 

Upojne hasło: „młodzież z partią”. 1 Maja 1955 albo 1956 roku. Pochód uczniów I  LO udających młodzież usportowioną. Pierwsza prawa JWF.  Za chwilę pogoda zmieni się radykalnie; słońce zniknie a na kolumnę marszową  „studentów” I LO  spadnie sobie śnieg.   Fot.BFC

 

Bardzo przyjemnie zapisał się w pamięci nauczyciel wychowania fizycznego prof. Przyboś, brat jednego z największych poetów Polski powojennej Juljana. Obaj w młodości byli żołnierzami II RP. Na którychś zajęciach, podczas naszej ulubionej gry w siatkówkę ogłosił publicznie, że z punktu widzenia konstrukcji fizycznej, spośród wszystkich kolegów jestem do uprawiania tego sportu predestynowany.  Chyba miał na myśli wzrost. - Nie dociekałem uzasadnienia. Aż tak sport mnie nie interesował. W ostatniej klasie jego miejsce zajął prof.Grzesik. Chociaż należał do ludzi życzliwych, tamtego poglądu jakoś nie potwierdził.  Bardzo Grzesika lubiliśmy. Po paru latach wstrząsnęła nami wiadomość prasowa, że miał wypadek drogowy na trasie Rzeszów – Kraków; w samochodzie zginęła cała czteroosobowa rodzina Grzesików.

 

Podczas zajęć profesor  to był ktoś. Uczniowie słuchali nauczycieli rozumiejąc, że trzeba się uczyć. A szkoła udowadniała, że nie o samo wkuwanie chodziło. Nie tylko nauka, nie tylko sport ale do tego równoczesne wprowadzenie w świat kultury. Występowała z najróżniejszymi  atrakcyjnymi propozycjami. O występach wielkich artystów w auli wspomniałem wcześniej. Wychowawcy z „Konarskiego” dość regularnie prowadzili nas z liceum do teatru w budynku Sokoła i do sali w budynku związków zawodowych na ul.Okrzei, gdzie wtedy pod batutą J.Ambrosa początkowała rzeszowska orkiestra symfoniczna.

 

Na szkolnym dziedzińcu, w czerwcu 1955, a więc w wieku 16 lat mogłem nie ponosząc wielkich opłat zdobyć prawo jazdy na motocykl. Urządzano  kursy tańca towarzyskiego. Organizowane były imprezy sportowe takie jak rywalizacja o prawo noszenia złotej, srebrnej lub brązowej odznaki „Sprawny do Pracy i Obrony”. Prawie co drugi otrzymywał tam „złoto”. Z myślą o harmonijnym rozwoju uczniów szykowano też atrakcje kulturalne. Szkoła starała się dbać o nasze zdrowie. W tym liceum przeszedłem trójstopniowy kurs PCK udzielania pierwszej pomocy. Oprócz ambulatorium, w bocznym skrzydle budynku funkcjonował gabinet stomatologiczny. Cóż z tego, że stało tam przedpotopowe narzędzie dentystyczne napędzane sznurkiem. W końcu było jednak trochę mniej dziur w zębach.

 

Bardzo źle wspominam obowiązek uczestniczenia w manifestacjach i wymuszanych „spontanicznych czynach społecznych”. Niestety, przeważnie nie udawało się od tego wykręcić. Wszędzie było tak samo. - Jako uczeń podstawówki, na rozkaz mieleckich aktywistów partyjnych musiałem jeździć poza miasto w celu zbierania chrząszcza stonki ziemniaczanej. Podrosłem nieco - już władze partyjne gonią dorosłych i młodzież ulicami Rzeszowa. Ci nosili szturmówki, tamci pchali jakieś makiety na kółkach. Nam gimnazjalistom przypadło przebierać się za sportowców. Któregoś 1 maja (1955 albo 1956 roku) na maszerujących spadł śnieg. Na reprodukowanej tu fotografii zrobionej koło Poczty Głównej,  jeszcze go nie było. Sto metrów dalej, koło wieży Kościoła Farnego już nas dopadł. Marzniemy w „gimnastiorkach”.  Ale zejść z trasy pochodu nie pozwolili.  No więc defilowaliśmy drżąc, wyprostowani.

 

 

 

 

Basia (można rzec: piękna powinowata)

Jan eF i Zdzisław Skupień klasa XI C

 

Rzeszowskich młodzieńców nie trzeba było natomiast zmuszać do spacerów, zwłaszcza niedzielnych. Największe zagęszczenie gimnazjalistów przypadało na narożnik ulic Kościuszki i 3 Maja, a dalej – odcinek do budynku bankowego PKO i „Kasztany”. Na chodnikach mijali się chłopcy z dziewczętami, jakby na siebie nie spoglądając. A jakże! Strzelaliśmy oczyma w stronę ślicznych dziewcząt z liceum na ul.Szopena. Podobały się te wszystkie Basie, Krysie i Zosie.  Rzeszów ma do urodziwych dziewczyn szczęście. Ale większości z chłopców nie stać na tyle odwagi, aby podjąć jakąś akcję. Trudny wiek. Niejeden młody wstydzi się sam siebie gdy trzeba po raz pierwszy ogolić brodę. W naszym wieku, piętnaście czy szesnaście lat, proponowanie randek nie wchodziło w rachubę.  Szkoły koedukacyjne wiele w tym obyczaju pozmieniały. Teraz taki ledwie zejdzie z nocnika, już by gonił na randki. widać, że dzisiaj  jakaś edukacyjna „wajcha” w drugą stronę się przegięła.

 

W życiu uczniowskim wagarowałem tylko jeden raz. Wzdłuż rzeki poszedłem z paroma kolegami na Lisią Górę. Cała eskapada nie wiele miała wspólnego z podniesieniem poziomu adrenaliny. Wagary bez przekonania to nudy na pudy. Niby było wesoło, słoneczko świeciło, ale... więcej na wagary już nie uciekaliśmy.

 

Krysia

 

No więc po ulicach spacerowało się raczej z napotkanymi kolegami. Na starych fotografiach z parku przy ul. Pułaskiego widzę na przykład Janusza Bojanowskiego, Jan Bąka, Bogusia Cwynara. Bardzo lubiłem plątać się po ul.3 Maja rozmawiając z kol.Pasternakiem. Był rok wyżej niż ja. Każdy spacer z Andrzejem Kubiczkiem pobudzał jakieś pokłady skojarzeń humorystycznych. Bez przerwy rechotaliśmy. Generalnie, było wesoło. Pewnego razu na rogu 3 Maja i Jagielońskiej spotykam Stefana Szwaja (jeden rocznik niżej). Zawsze lubiliśmy dłużej pogawędzić. W ten piękny poranek coś się mu odmieniło. Jak mnie tylko zobaczył, woła: „ty wiesz co, nie mam czasu, pędzę bo maszyna do pisania przez okno mi wyleciała, zupełnie nie zauważyłem kiedy i jak”. 

 

Stefan Szwaj

 

Na spacerkach nie widywało się natomiast najlepszego ucznia Zdzisia Skupnia. Nie mieszkał w Rzeszowie. Do szkoły dojeżdżał ze Świlczy. Bardzo lubiany. Chociaż jak wszyscy wiedziałem, że Zdzisio jest osobą wybitnie uzdolnioną, to jednak  - trudno to ukryć - w tamtym czasie bardziej niż przodownictwem w nauce imponował mi siłą uścisku ręki.

 

Zdzisław wygrywał szkolne rywalizacje sportowe. dzięki tęgiej „krzepie” w zabawny sposób pomieszał kiedyś szyki przystojniakowi Bogdanowi Jedliczce (chyba z XI „a”).  Trzeba wyjaśnić, że w życiu pozalekcyjnym Bogdan miał wielkie wzięcie u dziewczyn. Typ urody, który je chyba elektryzował. Coś tam się nawet mówiło o przyszłości Bogdana w aktorstwie. Pewnego dnia obaj koledzy wystąpili w grupie biegaczy na dystansie 1000 m w zawodach międzyszkolnych na stadionie „Resovii”. Na trybunie, a jakże,  zasiadło spore stadko podlotków - wielbicielek Jedliczki. Chciały oklaskiwać jego wygraną. W biegu przez kilkaset metrów prowadził Bogdan. Pamiętam jęk zawodu dziewczyn na widowni stadionu, gdy Zdzisław finiszując z dalszej pozycji doszedł do Bogdana na ostatniej prostej i po ciężkiej walce wyprzedził na kilkanaście metrów przed metą.

 

Matura blisko. Odwiedziło mnie trzech kolegów z klasy XI „c”, I  LO.  W okularach  JWF, na dole od lewe:j B.Cwynar, A.Skoraczyński i T.Kubala

 

Zdzisław Skupień po maturze wybrał się na studia matematyczne w Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedyś po latach (1964 rok)  wpadłem na niego w Krakowie. Mówi: jestem starszym asystentem na Wydziale Matematyki II AGH[3]/ pracuję nad doktoratem otwartym w UJ. Wspaniale!

 

Jan eF i Andrzej .Chorzępa

 

Laik patrzy na dokonania matematyków z uznaniem, aczkolwiek bez większych szans na  pełne ich zrozumienie. We mnie, obok dumy z osiągnięć kolegi z ławy szkolnej, zaczęło się pojawiać  zmartwienie. W moim mniemaniu zaczął się specjalizować w rozwiązywaniu jakichś problemów o zbyt podejrzanych nazwach i przeznaczeniu np. „teorii grafów”. Nie dziw się, że normalny człowiek na takie nazwy reaguje z nieufnością. Oto przykład, czym zajmowała się chluba I Liceum, najlepszy z uczniów - maturzystów z 1956 roku. W internecie znalazłem informację, że prof. Zdzisław Skupień zaprasza na seminarium „Odległościowego kolorowania w hiperkostce”. Podaje jeszcze, że zamierza mówić o, cytuję: „zastosowaniu kodów korygujących błędy do znalezienia asymptotycznego rzędu wielkości (wierzchołkowej) liczby chromatycznej oraz (krawędziowego) indeksu chromatycznego w kostkach wielowymiarowych z ograniczeniem od dołu na odległość między elementami jednokolorowymi”. Na koniec dowcipny pisze, „serdecznie zapraszam wszystkich chętnych”!   

- Gdzie są te hiperkostki i jak wyglądają osobnicy chętni kolorować czyjeś gnaty czy, pardon, kości? Wyobraź sobie matematyka korygującego indeksy i kody. Nie, nawet gdybym miał szanse, nie biorę w tym udziału.  I pomyśleć, że przez jakiś czas, spokojnie siedziałem ze Zdzisiem Skupniem w ostatniej ławie klasy 11 „c”.

 

Pewnego dnia mogłem jeszcze w rozmowie ze Zdzisiem powrócić do kwestii hiperkostkowej. Profesor odrzekł tymi słowy: „No cóż, matematyka to kodowanie, specyficzna symbolika i nazwy w sosie języka potocznego. A jednak, w matematyce może być również artyzm”.

 

dr med. J.Mikuła

 

Do grona sympatycznych kolegów należał wtedy Andrzej Chorzępa (to on podarował mi fotografię z gdyńskiego mola). Do kol. Jana Mikuły często wpadałem po lekcjach, bo mieszkał na ul.Matejki, przy mojej drodze do domu. Po maturze ukończył medycynę. Niestety tego kolegę po kilku latach na zawsze straciliśmy. Zmarł przedwcześnie.

 

Gimnazjaliści I LO byli jedynymi w mieście upoważnionymi do noszenia ciemno niebieskich kaszkietów z czarnym, twardym daszkiem. To nakrycie głowy podlegało jeszcze fasonowaniu przez ułożenie odpowiedniej fałdy. Wzorem ubiegłowiecznym, było to liceum męskie. Płeć odmienna - jak wspomniałem - miała swoje liceum na ul. Fryderyka Szopena. Jednolitych czapek nie chciały nosić. Większość z nas, fakt istnienia oddzielnej szkoły dziewcząt traktowała z poczuciem ulgi. Może dojrzewaliśmy nieco wolniej?

 

Niektórzy jednak zaczynali się z tego równego koleżeńskiego szeregu wyłamywać. O powodzeniu kol.Jedliczki wspomniałem. A z mojej klasy XI „c”  jako pierwszy zakochał się Janusz Bojanowicz, wiekiem nieco, bo o rok od nas starszy i poważny. Janusz łamał serca niewieście. Jak to robił, nie dociekałem, ale wydaje się, że pannom imponował starannie ułożonym lokiem. Lok był ważnym elementem plerezy. Nie bez znaczenia dla dziewczyn musiała też być noszona przezeń beżowa kurtka o kroju odwróconego trójkąta, szyta z jakiegoś kraciastego materiału. Janusz lansował modę. Dopiero potem główne deptaki Rzeszowa zaroiły się od takich kurtek ¾ długości, koniecznie nie pozapinanych a jedynie przytrzymywanych skrzyżowanymi z przodu rękoma.

 

Do najsympatyczniejszych przeżyć w Rzeszowie należało kibicowanie miejscowym zawodnikom i drużynom. Miasto nie dorobiło się jeszcze bohaterów zmagań sportowych. Duma rozpierała więc gimnazjalistów, gdy pewnego dnia (1955) dziennik wojewódzki doniósł, że rzeszowianka Katarzyna Wiśniowska z klubu „Budowlani” została mistrzynią świata w łucznictwie. 

 

Bardziej bezpośrednie emocje wyzwalały rozgrywki hokejowe. Mecze urządzano na zapleczu  „Sokoła”na płycie wylewanej w większe mrozy. Dzisiaj po dawnym terenie lodowiska prowadzi dwupasmowa ulica Mochnackiego. O specyfice miejscowej drużyny wiele mówi jej skład osobowy. Na przykład, barw klubowych bronił nieźle jeżdżący na łyżwach zawodnik - aktor teatru. Był to pan Łącz, członek zespołu scenicznego im.Wandy Siemaszkowej dodajmy - ojciec Laury, aktorki warszawskiej.

 

W Rzeszowie urządzano też uliczne wyścigi motocyklowe. Najlepsze, że wśród ścigających się rumaków były takie rakiety jak przedwojenna „dekawka” z silnikiem bodajże 100 ccm i produkowane w Kielcach SHL-125. Mknęło to po świeżo ułożonej nawierzchni z kostki granitowej po ul.Pułaskiego, potem przez obecne ulice Sokoła i ks.Jałowego. Po przemknięciu rakiety pachniało mieszanką. Było czym dymić bo wtedy na jedną część oleju lało się 15 części benzyny. Fascynacja Rzeszowian motoryzacją nie miała granic. Po wertepach na zboczu Baranówki, dzisiaj zabudowanej,  wytyczano trasę rywalizacji crossowej.

 

„Studenci” liceum jako kibice  rozgrywek piłkarskich odwiedzali stadion „Resovii” (wtedy klub należał do zrzeszenia spółdzielczości i nosił nazwę „Ogniwo”). W dni powszednie sami mogliśmy na tym samym boisku pobiegać, rzucić kulą i skoczyć w dal. Tam dostałem złotą odznakę w wspomnianej rywalizacji SPO.

 

Bardzo zastanawiające pomysły na sport miewali w Rzeszowie wojskowi. Na początku wyglądało to na plan sensowny. W 1955 roku zmontowali dobry zespół piłkarski GWKS. Ale kiedy zdobył on awans do II ligi, nawet nie rozpoczął rywalizacji. Decyzję podjęto przy zielonym stoliku w Warszawie. Cierpieliśmy. A jaka była przyczyna przekreślenia awansu? Mówiono, że z Warszawy przyszedł rozkaz przeniesienia najlepszych zawodników do stolicy w celu stworzenia silnej drużyny CWKS - Legia. Podawana też była wersja, w której miało się to wiązać z reorganizacją struktur sportu wojskowego obejmującą zniesienie GWKS-ów. Po tym ciosie piłkarstwo w mieście nie mogło się otrząsnąć. Także ja, licealita, ciężko przeżywałem wieść o utracie prawa gry w pierwszej lidze piłkarskiej. Zwątpiłem w zalety centralizacji.

 

Trochę lepsze czasy sportu nastały dla Rzeszowa, gdy już  studiowałem w Krakowie. Z wykorzystaniem naturalnej skarpy nad Wisłokiem zbudowany został zupełnie niezły stadion „Stali”. Na otwarcie odbył się tam piłkarski mecz międzynarodowy Polska-Egipt. Egipcjanie grali pięknie.  Przewyższali naszych poziomem przygotowania technicznego. Nieco później, na nowym stadionie ułożono tor do zawodów żużlowych. Wszystkie mecze speedwaya były mocno dyskutowane wśród młodzieży i starszych, opisywane w miejscowym dzienniku, komunikowane regionowi na falach tworzącej się w Rzeszowie rozgłośni radiowej.

 

Oprócz kibicowania  żużlowcom chciałem  robić coś jeszcze. Otóż zacząłem pisać krótkie sprawozdania z obejrzanych meczów drużyn żużlowych. Posyłałem je zwykłym listem do redakcji tygodnika „Motor”. Poczta pracowała wtedy szybko. Za kilka dni „Motor” publikował notatkę, a pod doniesieniem o dacie zawodów, miejscu, uczestnikach i zdobytych punktach znajdowałem swoje „for”.  To było coś! Ani koledzy ani rodzina nie znali mego sekretu. Cieszyłem się jednak. Dzisiaj jeśli mnie ktoś pyta, kiedy i gdzie zaczynałeś jako dziennikarz, podaję: w Rzeszowie. Głębsze zainteresowania zawodowe tym zawodem objawiły się jednak później, podczas studiów w Krakowie, kiedy w czasie wolnym od nauki organizowałem oddział tygodnika studenckiego „Politechnik” i seminarium dziennikarskie.

 

Jan eF zdaje maturę. 2 czerwca 1956 roku. Egzaminują, od lewej: prof. Michał Bar (matematyka) prof. Bronisława Socha (fizyka) , prof. Władysław Długosz (polonista), Paweł Jakubowicz (dyrektor I LO)  i prof. B.Majgerowa (nauczycielka historii)

 

Egzamin maturalny zdawałem dość pechowo. Generalnie, szło dobrze, ale podczas ustnego z matematyki doznałem blokady i zaciąłem się na jakimś prostym pytaniu. Coś strasznego! Komisja zachowała się wobec mnie litościwie. Na właściwą odpowiedź spokojnie naprowadził mnie prof.Bar.  Podczas zajęć w naszej klasie, przekonał się nie raz, że z matematyką radziłem sobie nieźle. Tak czy owak, na maturze dałem plamę i pamiętam do dzisiaj. Ale też, z podziwem wspominam roztropność i pedagogiczną rzetelność postępowania moich nauczycieli.  Przecież mogli mnie ściąć.

 

Po zdaniu matury poszedłem na pierwszą randkę z pewną miłą Danusią poznaną na studniówce czy jakimś innym szkolnym balu. Ponieważ wróciłem do domu późnym wieczorem,  około godziny 22,30 ojciec powiedział co myśli o takim „łażeniu po nocy”. Odrzekłem, że skoro kilka dni temu szkoła dała mi świadectwo dojrzałości, mogę sobie chodzić bez ograniczeń. Rychło okazało się, że nie była to odzywka opłacalna z punktu widzenia taktyki. Odpowiedź o mało nie skończyła się zdjęciem paska. Widząc na twarzach rodziców niezrozumiały dla mnie afekt, ustąpiłem. Czy musieli aż tak obawiać o moje bezpieczeństwo? Czy przerażała myśl o zbyt szybkim ożenku syna – jedynaka, i to już po pierwszej randce? Nie podobało mi się to wszystko, ale dałem spokój. Gdzie mi tam do kłótni. Zresztą, po wakacjach miałem zamiar rozpocząć studia i zamieszkać w akademiku. Tam żaden tatko nie będzie synkowi wyznaczał ani godzin nauki, ani rozrywki. A wniosek natury ogólniejszej? - Taki, że randka nawet ze średnio ładną panną najlepiej łagodzi obyczaje młodych absolwentów liceów.

 

O swojej nauce i kolegach z liceum nikt z dorosłych na co dzień nie pamięta. Ale to nie znaczy, że wspomnienia nie wracają. Niekiedy pomaga przypadek. Niestety, z biegiem lat coraz częściej towarzyszą temu smutne sytuacje. W dość przypadkowy sposób dowiedziałem się o śmierci kolegi z klasy maturalnej Ryśka Draguna, lekarza. Zmarł w dość nieciekawych okolicznościach. Zapadł na zdrowiu. Chociaż proponowano terapię, nie podjął walki z chorobą. I ta szybko zrobiła swoje.  Parę lat temu podczas Święta Zmarłych siedzę sobie przy grobie rodziców na cmentarzu Stare Pobitno. Zapada jesienna szarówka. Podchodzi nieznana mi wcześniej pani. Przedstawia się pierwsza: jestem mama Ryśka. Zapraszam, aby zajęła miejsce na ławeczce. Widać, że o utracie syna chce z kimś porozmawiać a w środku jej matczyne serce krwawi.

 

J.Bąk

Kiedyś spostrzegłem, że na internetowym portalu „Nasza Klasa” nie ma naszej XI”c”. Więc założyłem coś takiego. Nie spodziewałem się, że ktoś dzięki „Naszej Klasie” nawiąże ze mną kontakt. Najpierw napisał Jerzy Tychanicz, kolega z młodszego rocznika Liceum. Pracował jako inżynier na WSK, obecnie jest popularny w Rzeszowie i na całym Podkarpaciu jako mistrz i nauczyciel tańca towarzyskiego. Po nim, z naszej 11 „c” odezwał się Jan Bąk, mgr inż. geodeta, absolwent Politechniki Warszawskiej, mieszkający teraz w Baranowie Sandomierskim. Dowiedziałem się od niego wielu ciekawych rzeczy. Wszystkie informacje przebiła jedna; otóż w okresie szkolnym raczej nie wyróżniający się tężyzną fizyczną, ale twardy charakter, kolega szkolny Marian Mikluszka zaczął w latach studenckich uprawiać sport wyczynowy i to jaki! – boks. Walczył na ringu w drugoligowej drużynie Polonii Warszawa. Marian ukończył Wydział MEiL na Politechnice Warszawskiej i powrócił do pracy Rzeszowie. Od J.Bąka usłyszałem dalej, że kol.Andrzej Chorzępa studiował na PW łączność a po studiach został w Warszawie. Podobnie kol. Leszek Gonciarczyk. Tadzio Kubala, który w dniach wybierania kierunku studiów zaimponował mi oświadczeniem, że jedzie na AGH, po ukończeniu odlewnictwa pracował w WSK. Musiał to robić dobrze, bo fabryka rzeszowska słynie i wciąż dobrze stoi dzięki jakości wytwarzanych tu odlewów. Kol. Julian Ataman ukończył historię sztuki na KUL. Pisywał teksty o sztuce m.in. w rzeszowskiej prasie codziennej. Tę informację mogłem potwierdzić, bo Julka odwiedziłem kiedyś, pogadaliśmy trochę w sklepie antykwarycznym mieszczącym się wtedy tuż przy Ratuszu. Wspomnieliśmy też o Andrzeju Skoraczyńskim, który prowadził praktykę lekarską w Sarzynie a potem, na ostatnie lata życia osiadł w Leżajsku.

 

Pierwsza fotografia, z lewej,  ze spotkania naszego rocznika maturalnego 1956 zwołanego na 25 września 2010  w świetlicy PZŁ-Rzeszów. Przemawia prof.Zdzisław Skupień. Dalej, od lewej do prawej: M.Mikluszka, J.Bąk, J.Chmiel. B.Dudek,  Cz.Bereś, St.Rodzoń.

Druga fotografia z przeciwnej strony „zielonego stolika” zasiedli od lewej: J.Inglot, S.Kotula (młodszy od naszego rocznik maturalny), F.Pasterz.

 fot. Jan Forowicz

 

 

 

Czasem, po latach maturzyści umawiają się na spotkanie. Animatorką tej miłej tradycji jest dyrekcja I LO. Z jej inicjatywy koledzy mieszkający w Rzeszowie i okolicach widują się i to nawet dość często. Spotkania organizowane są dwa razy do roku. Ale gromadzą nas też imprezy w wąskim gronie.

 

Trafiłem na tego rodzaju miting 25 września 2010, po raz pierwszy po 54 latach. Jan Bąk wspomniał o mnie Janowi Inglotowi, również z 11 „c”. I tak otrzymałem zaproszenie e-mailowe. Inglot

 

zaproponował najpierw spotkanie tylko naszego rocznika maturzystów. Ponieważ kolega zajmuje się teraz intensywnie myślistwem i wodzeniem obcokrajowców z flintami po lasach rzeszowskich, ma „chody” i umówił nas w świetlicy Polskiego Związku Łowieckiego przy ul.ks.Jałowego 25.  Przybyło kilkunastu oldbojów z 1956 roku, a z dalsza - Jan Chmiel, architekt z Wrocławia i Zdzisław Skupień, wspomniany już wybitny naukowiec matematyk  z Krakowa i ja z  Warszawy. Była okazja pogadać o tym co w życiu zrobiliśmy. „Obrady” prowadził Franciszek Pasterz, ekonomista, b. wieloletni dyrektor dębickiej Wytwórni Urządzeń Chłodniczych PZL. Z siedziby Związku Łowieckiego  towarzystwo udało się na dziedziniec I Liceum aby wziąć udział w urządzonym przez dyrekcję I LO większym zgromadzeniu absolwenckim z okazji rocznicy 150-lecia pierwszej matury w naszej szkole.

 

Te spotkania dają coś do myślenia. Każdy przyzna, że dobra to była szkoła, skoro większość absolwentów pokończyła studia wyższe i pełniła albo jeszcze pełni wysokie funkcje zawodowe[4]/.

 

Postanowiłem  włączyć do tych wspomnień reprodukcję naszego tableau. Nikt tak dobrze jak ja jeden, nie pamięta jak powstawało. Twórca tego dzieła, maturzysta, wzniósł się na szczyty artyzmu, co każdy widzi. Wyjątkowo starannie rozmieścił fotografie. Ze znajomością perspektywy poszło tak sobie. Liternictwo - Boże miej litość. Ale jak pieczołowicie ono było korygowane! Miłośnik malarstwa natchnionego doceni chyba ten centralnie umieszczony rysunek okien i te ptaszki na niebie. Dość żartów. Tato sfotografował gotowy arkusz i zrobił kilkadziesiąt odbitek w formacie pocztówkowym. Rozdałem na tradycyjnym spotkaniu pomaturalnym. Niektórzy z kolegów zachowali te zdjęcia. Oryginał tableau trafił do archiwum szkolnego. Pewnie go myszy zjadły.

 

Nieocenieni koledzy z liceum działający z inspiracji Franciszka Pasterza urządzili kolejne spotkanie po 55 latach od zdania matury. 18 czerwca 2011 na ulicę 3.Maja przyjechało 23 panów „w wieku dojrzałym”. Postanowiliśmy uzupełnić tę inicjatywę wydaniem broszury odpowiadającej na pytanie: „Co robią nasi koledzy po 55 latach”. Broszura ukazała się we wrześniu. Otrzymali wszyscy w niej opisani, czyli 28 kolegów.  Egzemplarz papierowy i dyskietkę komputerową rozesłałem do kilku bibliotek narodowych; ma numer ISBN  978-83-926046-2-4. Potem jej omówienie ukazało się jeszcze w „Kurierze Chicago” z datą 4-10 listopada 2011 pt „Słowa mogą ulecieć, ale papier zapamięta”.

 

 

Przedstawieni na fotografii wychowankowie I LO, 18 czerwca 2011 roku  liczyli sobie po 72-73 lata. Niektórzy zobaczyli się pierwszy raz po 55 latach. Niekiedy trzeba było przypominać imiona. Poprosiłem, aby koledzy ustawili się  przed budynkiem szkoły i pomnikiem jej patrona. - Od lewej: J. Gaweł, L. Gończarczyk, B. Bieniasz, M. Mikluszka, J. Bąk, T. Kubala, A. Reichhart, F. Pasterz, L. Drzał, St. Rodzoń, St. Adamiec odwrócony do zasłoniętego J. Mulaka, M. Chmaj a za nim K. Cisek, E. Dziedzic - za nim prof. K. Opaliński, reprezentujący grono naszych wychowawców, J. Inglot, z tyłu Z. Kotylak, W. Gaweł i J. Wijowski. Na fotografii nie widać B.Jedliczki i J.Frączka, którzy dołączyli nieco później.   Fot.J. Forowicz

 

 

 

 

Back

 

 

 

Wspominał Jan Forowicz, pisane w 2008 roku, uzupełnione w listopadzie 2010                www.forowicz.pl    janforowicz@tlen.pl

 

 



[1] /  O charakterze pracy Ojca piszę więcej w rozdziale „Bohdan Forowicz Czarny”

[2] /  Ten odcinek ulicy przemianowany został w XXI w na ul.Mochnackiego a dom ma numer 2

[3] / Później - Wydział Matematyki Stosowanej

[4] / Jedna z gazet codziennych napisała w 2007 roku: „Siedmiu rektorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, czterech wyniesionych na ołtarze, dwóch światowej sławy twórców teatru, kompozytor oraz generałowie, wybitni politycy i naukowcy - lista znakomitych absolwentów I Gimnazjum, a potem Liceum w Rzeszowie wciąż jest otwarta”.